expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 kwietnia 2013

dream a little dream


Karolina: Podobno ludzie dzielą się na tych marzących i na tych działających. Ja myślę, że jedno nie wyklucza drugiego, a wręcz działania są pochodnymi marzeń. O tym, jak dążyć do celu, można by pisać całe tomy, jak czyni to mój ulubiony pisarz (sarkazm), Paulo Coelho. Brzmi to mniej więcej tak: Aby osiągnąć wspaniałe rzeczy, musimy marzyć tak dobrze, jak działać. Ale marzenia nie spełniają się ot tak. W tym cała ich magia. Że są wyczekane. Może wydam się pretensjonalna, ale jestem przekonana, że trzeba podążać za swoimi marzeniami, inaczej stajemy się obojętni i zgorzkniali. Trzeba próbować. Tak właśnie powstają wielkie dzieła pisarskie, a mój fragment pochodzi z Wikicytatów i wziął się z kilku zdań metodą "kopiuj-wklej". Udział w tym mają: Audrey Tautou, Martyna Wojciechowska i Anatole France. Piękne i krzepiące. Jeśli mamy zmagać się z podziałem z początku notki, to ja jestem absolutnie typem marzyciela, w którym co jakiś czas budzi się z zimowego snu Mr. Hyde. A ten to już lubi sobie podziałać, ale szybko się męczy i ustepuje Dr Błogie Lenistwo.


Ania:  Jeśli ludzie dzielą się na marzących i działających, to nie wiem, do której grupy powinnam się zaklasyfikować... Chyba coś pośredniego. Z działaniem u mnie bywa różnie, bo nie zawsze mi się chce, z kolei marzyć o wielkich rzeczach nie do końca mam odwagę. Aktualnie mam kilka małych marzeń i jedno duże (a może nawet wielkie), ale nie będę o nich mówić głośno. Powiem dopiero wtedy, gdy się spełnią :)

Karolina: A spełniały się dotychczas? Mnie prawie zawsze. Nie mówię o jakichś małoletnich głupotach bycia księżniczką, ale te przyziemne, szeptane w myślach małymi łyczkami - prawie wszystkie się spełniły. Pytam mojego Andrzeja, o czym myśli przed snem. A on mówi, że stara się o niczym, opróżnia głowę i zasypia. Ja niestety mam problemy ze snem i dla mnie ciemna pora to zamykanie oczu i wymyślanie sobie historyjek. Żadnych tam planów, zupełnie nierealnych pierdół, które przenoszą mnie w świat moich fantazji. Może więc można sklasyfikować marzenia? A może to, co się spełnia i jest realne, powinniśmy nazywać celami, a nie marzeniami, a tę nomenklaturę zostawić dla świata bajkowego?

Ania: Czy się spełniały? Hmm, właściwie tak, ale masz rację - to są raczej cele, a nie marzenia. Zresztą ja zawsze operuję hasłem "cel". Ponieważ moje dążenia są raczej przyziemne (jestem realistką ze skłonnościami pesymistycznymi), to po prostu je realizuję - bez większego zagłębiania się w marzenia. A co do zasypiania, to chyba tylko faceci mają taką zdolność, że zamykają oczy i się wyłączają. Ja zawsze analizuję. Męczy mnie to, ale nie potrafię się resetować. Czy przypadkiem nie wychodzi na to, że moje życie składa się z celów, dążeń i rozkładania na czynniki pierwsze, co niewiele wspólnego ma z marzeniami?

Karolina: hehehe zabrzmiałaś trochę jak echo średniowieczajak laska, która boi się marzyc, bo spalą ją na stosie :) Ja ciagle marzę. Dzieki temu mogę się trochę oderwać od rzeczywistości, choć nie powiem, żeby to nie powodowało, że często prawdziwe życie jest trudniej zaakceptować, ale trudno. Wolę to znacznie bardziej niż suchą analizę faktów.

Ania: Znowu okazuje się, że różnimy się dość znacznie. Dzięki temu jest jednak ciekawiej - rozmawiać, wymieniać poglądy...










piątek, 29 marca 2013

b.f.f.

Karolina: Słyszałam jakiś czas temu w jednym z głupiutkich programów, że kobiety są "fałszywe genetycznie". Bierze się to z tego, że słodzą wielu osobom dookoła po to, żeby ich rodzina miała wielu popleczników i kół ratunkowych w przypadku jakiegoś zagrożenia. Wygląda więc na to, że człowiek z niewieloma osobami zadaje się dla przyjemności, za to cały tabun znajomości ma służyć korzyściom. Z Krystyną przyjaźnię się, bo ma fajny dom na Mazurach i możemy tam spędzać wakacje za free. Grzesio ma sklep z rzeczami dla dzieci i choć jest wkurzający, to fajnie się z nim kumplować, bo daje dzieciom zabawki, a ubranka mam u niego za półdarmo. Anitka jest dziwna i nieco infantylna, jednak ma videobloga i dobrze się z nią pokazać, bo dzięki temu mój ma szansę lepiej zaistnieć...


Ania: Być może właśnie z tego powodu otaczam się zaledwie garstką ludzi. Przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby kumplować się z kimś dla jakichś korzyści - czy to materialnych, czy innych. Sama mam niewielu przyjaciół, bo nie jestem taką partią, z którą warto się przyjaźnić. Z kasą przeciętnie, z "kontaktami" jeszcze gorzej, więc po co? Najgorsze jest to, że dla wielu osób to jest normalne, że obracają się w tym, a nie innym kręgu tylko i wyłącznie dla korzyści. Słodzą, kadzą, silą się na komplementy, a potem obrabiają tyłek... Uważają jednak, że dobrze jest się pochwalić znajomością z tym czy tamtym. Fałsz bije po oczach!


Karolina: No właśnie przypomnij mi, dlaczego ja się z Tobą przyjaźnię? :P

Najgorsze dla mnie jest zakładanie masek. Oczywiście nie twierdzę, że człowiek ma zawsze być taki sam, bo to normalne, ze inaczej będziemy gadac z kumplem, a inaczej z księdzem, ale to jest kwestia elastyczności, a nie fałszu. Nie mogę znieść, kiedy ludzie korzystają z Gombrowicza i zakładają te społeczne maski. Dla każdego towarzystwa są inni i tak okazuje się, że jakiś kretyn w innym gronie będzie uwielbiany... Facebook też idealnie pomaga kreować postaci, bo możesz sobie elegancko pogrupowac znajomych i filtrować wiadomości, jakie chcesz przekazywać. Poza tym Internet jest doskonałym źródłem researchu. Wynajdujesz zwierzynę, sprawdzasz, co lubi, gdzie chodzi, z kim się zadaje i potem booom - ruszasz do ataku i okazujesz się być idealnym przyjacielem. Makiawelizm?

Ania: Ja z Tobą, bo miałam darmowy nocleg na studiach, a Ty ze mną, bo najwyraźniej przewidziałaś, czym będę się zajmować i chciałaś mieć u mnie rabat :P  Przecież to takie oczywiste! Ludzie potrafią się doskonale dostosować do różnych sytuacji, a co więcej - głosić takie poglądy, jakie są im aktualnie najbardziej wygodne. Zauważ, że bycie "kimś innym" bardzo ułatwia też wyjazd do innego (większego) miasta. Nagle masz zupełnie czystą kartę i możesz pokazać się z takiej strony, z jakiej chcesz. Nikt nie musi wiedzieć, że jesteś magazynierem z Kopydłowa, bo teraz nagle stałeś się niezwykle ważną personą, z którą trzeba się liczyć. Właśnie takiego siebie pokazujesz na portalach społecznościowych, stajesz się idolem trzynastolatek... Musisz tylko uważać, żeby się w tym wszystkim nie pogubić, pamiętać, że Kasia zna inną "prawdę" niż Ola, a dla Krzyśka jesteś jeszcze kimś innym. Nie wiem czy to jest takie proste, ale skoro niektórym się udaje, to widocznie tak :)


wtorek, 5 marca 2013

azjatycka zupa

Karolina: Nie pamiętam dokładnie, jak to było w PRL-u, bo - z racji wieku - nie byłam wtedy świadomym konsumentem, ale znam obraz usług z opowieści, żartów i filmów Barei. Zmiana ustroju zmieniła w tych relacjach pana. Kiedyś to sprzedawca czy urzędnik był władcą, do którego przychodzą poddani prosić o łaskę, a dziś pani za ladą czy biurkiem jest pod władaniem konsumenta. Nieprzypadkowo zagościło u nas powiedzenie "nasz klient, nasz pan". Wszystko to jest wynikiem kapitalizmu, w którym powoli zaczynamy mieć więcej usługodawców niż klientów i niestety pomalutku wracamy do czasów niewolnictwa. Dzięki programom telewizyjnym klient jest cały czas uświadamiany o swoich prawach i przywilejach. Wie, do kogo napisać i na kogo się poskarżyć, kiedy nie dostanie przy zakupach powyżej 20 zł próbki nowego szamponu albo pani kasjerka niewyraźnie powiedziała mu "dziękuję". Trenerzy i szkoleniowcy prześcigają się w uniwersalnym modelu mistrzowskiego sprzedawcy, który dziś nazywany jest asystentem sprzedaży, menegerem, sellerem, dealerem... Tworzą robociki, które za wszystko dostają punkty, odznaczenia, dyplomiki... A gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Powoli zaczynam wierzyć, że "empatia to taka zupa z Azji".

Ania: Ja mam zupełnie inne odczucia. Być może z tego powodu, że nigdy (dłużej niż miesiąc...) nie pracowałam jako sprzedawca. Teraz - prowadząc działalność - jestem trochę z tej drugiej strony. Nie zdarzyło mi się mieć aroganckiego klienta z podejściem: "płacę, więc wymagam". Wręcz przeciwnie - najczęściej przychodzą do mnie młodzi ludzie, z którymi bardzo dobrze mi się rozmawia. Ustalamy wspólną strategię, cenę, sposób wykonania. Nie mam problemu z byciem miłą, skoro ludzie też są mili. Podobnie jest z klientami, z którymi załatwiam wszystko mailowo. Oczywiście w tym przypadku jest o wiele bardziej rzeczowo i konkretnie, ale prawie nigdy nie brakuje pozdrowień i życzenia sobie miłego dnia, choć to tylko formułka. Myślę, że częściowo wynika to z tego, że występuje pomiędzy nami dość uczciwa zależność. Zarówno ja, jak i mój klient, stoimy wtedy na tym samym stopniu drabiny, nie ma zatem powodu, żeby jedno z nas się wywyższało. Niestety w sklepach czasami widzę, że sprzedawcy traktowani są bardzo z góry. Niektórzy klienci mają podejście roszczeniowe, a sprzedawca jest dla nich czymś (bo nawet nie osobą), czym można pomiatać, a on i tak musi się uśmiechać. Dotyczy to w szczególności tzw. nowobogackich...

KarolinaNo właśnie o to mi chodzi. Ty masz bardzo dobrą sytuację, bo sama jesteś sobie panią i nikt nie stoi nad tobą każąc robić ci jakąś normę w zdobywaniu klienta. Ponadto chodzi mi o zwykłe podejście do ludzi idące w dwie strony. Stojąc w kolejce na poczcie czy w banku słyszysz rosnącą agresję na panią w okienku i truizmy o tym "jak ja nienawidzę kolejek", ale ludzie zapominają o tym, że jeśli otwarte jest jedno stanowisko pracy, to nie jest to wina tej pani, tylko jej przełożonych. Klientem jest każdy z nas, ale nie każdy stoi po tej drugiej stronie, dlatego "walka" jest nierówna. Pamiętajmy tylko o tym, że nie jesteśmy robotami i czasem ciężko szczerzyć się pani siedzącej przy kasie, jeśli w domu jej mąż zalał pałę, a dziecko wagaruje. Często nie jest łatwo zamienić się w robota, zamknąć za sobą drzwi pracy i tam stawać się innym człowiekiem, bo wtedy aplikując na stanowisko w sklepie czy urzędzie wypadałoby przejść kurs aktorstwa.

Ania: Niestety tak to wygląda. Tyle się mówi o oddzielaniu życia prywatnego od zawodowego, ale przecież jesteśmy ludźmi, a nie cyborgami i nie uważam, że to jest w ogóle możliwe. Jednak każda praca ma jakieś wady, dlatego na pewno nie tylko sprzedawcom bywa źle.

Karolina: Nie twierdzę, że im. Mówię tu ogólnie o bezpośrednich usługodawcach. Chodzi mi o to, że zanim wyskoczymy z jakąś niesamowitą reakcją, może warto to zrobić z małym opóźnieniem, a przez te kilka sekund wykrzesać w sobie jakieś pokłady empatii, a swoją agresję zamiast na innych ludziach zacząć wyładowywać np. na siłowni?

Ania: Dobry pomysł! Teraz tylko pozostaje przekonać do tego zapewne dość spory odsetek społeczeństwa... 








    czwartek, 14 lutego 2013

    be my Valentine?



    Ania: 14 lutego... Jeszcze jakieś pięć lat temu czekałam na ten dzień z niecierpliwością, choć nigdy nie byłam jego wielką fanką. Dzisiaj już szczególnie nie różni się od pozostałych, ale dla nas jest okazją, żeby znaleźć czas na zrobienie czegoś razem. Tym razem wybieramy się na kawę i ciacho, ale bez większego entuzjazmu. Kiedyś wkurzał mnie w sklepach ogrom walentynkowej tandety - serduszka, misie, kwiatusie... bleee! Teraz staram się ich po prostu nie zauważać. Nie powiem jednak, że nie zdarza mi się tęsknić za czasami, kiedy dopiero się poznawaliśmy, obojgu chciało się starać i patrzeliśmy na siebie przez lekko zaróżowione okulary. A jak u Ciebie? Świętujecie jakoś czy zupełnie nie?

    Karolina: My zupełnie nie i nie tęsknię za niczym, bo nigdy specjalnie mnie to nie jarało. My świętujemy rocznicę rozpoczęcia naszego związku (choć nie jakoś zajadle), teraz może będziemy obchodzić rocznicę ślubu. Dla mnie w całym roku najważniejsze są urodziny i święta Bożego Narodzenia, a reszta nie jest dla mnie specjalnie istotna. Nigdy nie obchodziłam walentynek i nie sądzę, żebym to kiedykolwiek zrobiła, ale nie jestem też trollem, który ma coś przeciwko i gada, że "to jest komercyjne wydarzenie, wymyślone dla zarobku". Jeśli ludziom potrzebne jest święto miłości - to niech świętują.

    Ania: Otóż to, też tak uważam. W każdym razie lepiej kochać i szanować się przez cały rok niż 14 lutego udawać wielkie uczucie i obsypywać się nawzajem serduszkami prosto z Chin...


    Karolina: Ale czekoladki z Wedla nie zaszkodzą?  Dla mnie walentynki to czas, kiedy wychodzi sporo romantycznych komedii, które oglądam pasjami po cichutku - to taki moja słabość :)

    Czasem dobrze, że są takie święta, bo są przecież mężczyźni, którym trzeba przypominać nawet to, że kochają swoją kobietę, więc lepiej niech ta data zostanie czerwona w kalendarzu.

    Ania: Po prostu każdy czasami chce poczuć, że jest dla kogoś wyjątkowy. 14 lutego, 10 lipca, 22 października... - to już jest najmniej istotne.







    czwartek, 7 lutego 2013

    do it yourself

     KarolinaW tych czasach, kiedy możesz kupić praktycznie wszystko, niesamowitą karierę robi DIY (do it yourself), czyli w uproszczeniu rękodzieło :) To jest niesamowite, na jakie pomysły wpadają niektórzy i ilu jest uzdolnionych ludzi na świecie. Przeglądam portale, blogi i zachwycam się jednocześnie przytrzymując jedną ręką swoją szczękę. Zawsze zazdrościłam ludziom uzdolnionym manualnie, ale jeszcze bardziej tym, którzy mają głowę naładowaną pomysłami i strzelają nimi na prawo i lewo. Ja nie mam dwóch lewych rączek i uwielbiam dłubaniny remontowe. Oglądam namiętnie "Domo +" i programy kulinarne, bo pomysłowość tego typu kręci mnie najbardziej. A Ty?
    Ania: Ja - jak wiesz - robię zaproszenia. Najczęściej ślubne, czasem też na inne okazje, np. komunia, chrzest, urodziny. Nie znaczy to jednak, że mam jakieś szczególne zdolności  Po prostu mam dobrą drukarkę i czasami jakiś pomysł. Ala masz rację - to, co ludzie potrafią zrobić właściwie z niczego (papier, liście, tkaniny), jest niesamowite! Najlepsze jest to, że zazwyczaj wcale nie trzeba wiele - wystarczy odrobina wyobraźni i szczypta talentu...

    Karolina: I chęci! Wiele jest też osób, które są niesamowite, ale brak im wiary w siebie. Szkoda, bo myślę, że na swojej pomysłowości można tylko zyskać. Wystarczy zacząć od drobnostek. Podziwiam ludzi, którzy z precyzją projektują sobie piękne ozdoby, ręcznie robią dla innych prezenty i równie pięknie je pakują. Może te dwa pierwsze nie są moją domeną, ale lubię ślicznie zapakowane rzeczy. Przed świętami podłoga w moim pokoju zamienia się na chwilę w pracownię. Nie lubię prezentów w ozdobnych torebkach, bo to droga na skróty i niekoniecznie tańszy sposób.

    Ania: Zdecydowanie! Ja też zawsze staram się ładnie zapakować prezenty pod choinkę, bo uważam, że opakowanie jest równie ważne, jak jego zawartość  Znam osoby, które wykonują ozdoby świąteczne - np. ozdabiają jajka wielkanocne ze styropianu kolorowymi wstążkami albo robią na szydełku ozdoby choinkowe... To już oczywiście wyższy stopień wtajemniczenia. Żałuję tylko tego, że przez napływ tzw. "chińszczyzny" naszym artystom trudno się przebić, bo raz, że cena takiego rękodzieła siłą rzeczy jest znacznie wyższa, a dwa - wystarczy zajrzeć na allegro, by się przekonać, że konkurencja jest spora. Ciekawa jestem czy wśród naszych Czytelników są jakieś osoby, które zajmują się szeroko pojętym rękodziełem... Jeśli tak, pochwalcie się koniecznie!
    ODWIEDZAJCIE:







    Jeśli znajdziemy jeszcze coś fajnego, to dodamy, a jeśli Wy znacie jeszcze jakieś cudowne strony to tez polecajcie.







    poniedziałek, 28 stycznia 2013

    nie

    Asertywność – w psychologii termin oznaczający posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych. Jest to umiejętność nabyta.

    Karolina: Wiesz, co to jest asertywność?

    Ania: Czekaj..., zerknę do słownika  Niby wiem, ale wyłącznie w teorii. W praktyce wcale nie jestem asertywna i chociaż czasem mi to trochę przeszkadza... nie umiem inaczej.
    Karolina: Ja uważam, że jestem, choć niektórzy postrzegają to jako egoizm. Jak byłam w podstawówce, mieliśmy 3-dniowy kurs asertywności. Nie pamiętam, w której to było klasie - 4, może 5. Przyszła do nas para psychologów i robili nam różne ćwiczenia. Myslę, że to pomogło. Pamiętam, że bardzo mnie to zaiteresowało i marzyłam, żeby zostać psychologiem:)
    A jak rozumiesz asertywność?

    Ania: Ja to rozumiem głównie jako umiejętność wyrażania własnego zdania - zwłaszcza w jakichś sytuacjach, kiedy ktoś usilnie stara się narzucić Ci swoją opinię, która w Twoim mniemaniu jest zupełnie błędna. Zazwyczaj w takich sytuacjach wtrącam to, co mam do powiedzenia, a "ekspert", z którym właśnie rozmawiam, kompletnie się ze mną nie zgadza, próbuje mnie zakrzyczeć, choć nie ma nawet jednego sensownego argumentu. To akurat nazywam zwyczajnie - głupotą, a wiadomo, że jest to przypadłość, na którą dotąd nie wymyślono leku. Nie wiem czy jest to brak asertywności, czy może raczej pragnienie świętego spokoju, ale znam ludzi, z którymi naprawdę nie ma sensu dyskutować. Nazywam ich ironicznie "ekspertami w każdej dziedzinie" - wiesz, jak ktoś nie zna się na niczym, to zazwyczaj myśli, że zna się na wszystkim  Szkoda na takich czasu i energii. Wracając do asertywności, to kluczowa wydaje mi się tutaj umiejętność odmawiania - nie na zasadzie: "nie, bo nie", tylko w taki sposób, żeby uświadomić drugiej osobie, że dany pomysł/prośba Ci nie odpowiada, bo np. masz już inne plany, itp. Ja w takich sytuacjach dwoję się i troję, żeby zrobić coś dla tej osoby, chociaż czasami nie jest mi nawet bliska. Powiem jednak szczerze, że lubię być potrzebna, więc na ogół staram się w taki sposób wszystko zaplanować i dograć, żeby móc zrobić to coś, o co zostałam poproszona. Ja chyba w ogóle jestem mało konfliktowa ;)

    Karolina: Ty jestes dziwnym przykładem akurat, bo potrafisz być asertywna w dziale "dyskusja", ale ciężko Ci to przychodzi w dziale "czyny". Wiesz, ludzie mi często zarzucają, że wiele rzeczy nie chce mi sie robić z lenistwa czy z czystego egoizmu, ale w moim mniemaniu to właśnie asertywność. A to dlatego, że wiele osób zwyczajnie nauczyło się wysługiwać innymi i jeśli ciągle cos dla nich robisz, to oni się do tego przyzwyczajają i zawsze już będą mieć dla Ciebie jakieś zadania. Ty akurat po części to lubisz, ale ile było takich chwil w życiu, że miałaś dość? Uważam, że z tego rodzą się też małe frustracje, bo nie odmawiasz, ale też nie zawsze robisz to z przyjemnością (już nawet nie chodzi konkretnie o Ciebie, ale o ludzi). I tak - wkurzając się - rezygnujesz z jakiejś części siebie, po to, żeby "nie było Ci głupio", podczas kiedy ten ktoś już przeszedł do porządku dziennego nad tym, że się Tobą wyręcza i wcale nie jest mu z tym źle. Ja, mówiąc sto razy: "nie", za sto pierwszym powiem: "tak" i będzie to całkiem szczere "tak", bo będę czuła, że chcę to dla kogoś zrobić, a nie będzie to przymus, z którego nie potrafię się wykręcić.
    Ania: Ale bywają też takie sytuacje, kiedy zgadzasz się na coś, choć Ci to wcale nie pasuje, bo się przejmujesz, co sobie ten ktoś pomyśli, czy się nie obrazi, itp. Ja to doskonale rozumiem, bo sama w tym konkretnym przypadku też bym nie odmówiła. Próbuję Ci jednak uświadomić, że z tą Twoją asertywnością, to jednak nie tak do końca...

    Karolina: Tzn, że ja ją źle pojmuję, czy że to głupi wynalazek?

    Ania: Tzn., że to ja miałam być tą nieasertywną, a nie Ty, a okazuje się, że Ty też - może nie jesteś, ale bywasz nieasertywna.

    Karolina: BYWAM nieasertywna, tak jak Ty BYWASZ asertywna. Myslę jednak, że dzieje sie tak dlatego właśnie, że ludzie nie nabywają tej cechy. Gdyby każdy się tego nauczył, gwarantuję Ci, że nie byłoby głupio Ci odmówić, bo nikt nie miałby do Ciebie o to pretensji. I od razu świat staje się piękniejszy:) Nie jestem święta, bo sama wyręczam się innymi, ale gdyby oni od początku postawili mi jasne granice, to wiedziałabym, na co mogę sobie pozwolić. Nikomu też po 30 latach nie pękałaby żyłka i nie krzyczałby: "dość!", bo wystarczy od razu powiedzieć: "nie!" i oszczędzić sobie wielu lat hodowania żółci.

    Ania: Pewnie tak, ale tutaj potrzeba dobrej woli dwóch stron - gdyby ludzie nie wyręczali się ciągle innymi i przynajmniej próbowali robić coś czasem sami, to nie musiałabyś się zastanawiać: odmówić czy się zgodzić...

    Karolina: Czyli wnisek jest taki, że antonimem lenistwa nie jest pracowitość, tylko nieasertywość :), a idąc tym tropem ja wcale nie jestem asertywna, tylko zwyczajnie leniwa, dzięki :) 

    Ania: hehe do usług :) Masz jeszcze jakieś pytania? ;)

    Karolina nie :P








    czwartek, 17 stycznia 2013

    wieża babel


    - Która godzina? - Tak, jestem szczęśliwa, 
    i brak mi tylko dzwoneczka u szyi, 
    który by brzęczał nad tobą, gdy śpisz. 
    - Więc nie słyszałaś burzy? Murem targnął wiatr, 
    wieża ziewnęła jak lew, wielką bramą 
    na skrzypiących zawiasach. Jak to, zapomniałeś? 
    Miałam na sobie zwykłą szarą suknię 
    spinaną na ramieniu. - I natychmiast potem 
    niebo pękło w stubłysku. Jakże mogłam wejść, 
    przecież nie byłeś sam. - Ujrzałem nagle 
    kolory sprzed istnienia wzroku. - Szkoda, 
    że nie możesz mi przyrzec. - Masz słuszność, 
    widocznie to był sen. - Dlaczego kłamiesz, 
    dlaczego mówisz do mnie jej imieniem, 
    kochasz ją jeszcze? O tak, chciałbym, 
    żebyś została ze mną. - Nie mam żalu, 
    powinnam była domyślić się tego. 
    - Wciąż myślisz o nim? - Ależ ja nie płaczę. 
    - I to już wszystko? - Nikogo jak ciebie. 
    - Przynajmniej jesteś szczera. - Bądź spokojny, 
    wyjadę z tego miasta. Bądź spokojna, 
    odejdę stąd. - Masz takie piękne ręce. 
    - To stare dzieje, ostrze przeszło 
    nie naruszając kości. - Nie ma za co, 
    mój drogi, nie ma za co. - Nie wiem 
    i nie chcę wiedzieć, która to godzina.


    Na wieży Babel, Wisława Szymborska

    Ania: Nie macie czasem wrażenia, że wasi faceci są trochę z innego świata? Niby mówią w tym samym języku, a jednak w innym, niby rozumieją, a jednak okazuje się, że na swój – im tylko znany – sposób, niby z Wami rozmawiają, ale czy „uhm, hmm, ehe, noo…” wypowiadane po Waszym kilkuzdaniowym monologu można w ogóle nazwać rozmową? Wiele razy zdarzyło mi się coś z Andrzejem ustalić, a potem okazywało się, że ustaliłam to raczej z samą sobą… To mnie chyba najbardziej irytuje – mówię np.: „obiad będziesz miał w lodówce, ja wrócę wieczorem”, a ten zdziwiony! Jasne, że dzień wcześniej mówiłam mu, dokąd i kiedy się wybieram, ale jednak jego mózg tego nie zarejestrował. Bywa też, że przyznaje mi rację, a nawet nie czai, co mówiłam. Potem dowiaduję się, że mu coś wmawiam! Chyba zacznę nagrywać nasze „rozmowy”, żeby w razie czego mieć dowody


    Karolina: O tak! Zdecydowanie przydałoby się zacząć rejestrować! Ale mój głos chyba zmienił barwę i stał się dla niego niesłyszalny, chyba przyjęłam inne fale, bo kiedyś słuchał i rozumiał, potem tylko słyszał, ale nie słuchał, a teraz to już chyba nawet nie słyszy... Oczywiście nie jest tak zawsze, ale przytrafia się to coraz częściej. I to nie jedyna różnica między nami. Zobaczmy jak wyglądają nasze zakupy. Ja myślę, co ma być w lodówce, planuję, co ugotuje i co zawsze musi być w kuchni. Idę do sklepu i wychodzę z pełnym koszykiem, bo wiem, że poza śniadaniami, obiadkami i kolacjami możemy mieć gości, więc nie przyjmę ich z pustymi rękami. Kiedy Andrzej chodził do sklepu i prosiłam go o trzy rzeczy, to przynosił dwie...Teraz jest tak, że dostaje kartkę z listą i to jest fajne, kiedy kończy się miesiąc, a budżet topnieje, bo wiem, że nie będzie miał inwencji i nic poza rzeczami z listy nie znajdzie się w koszyku, ale na boga... Mówię: "masz tu listę, to i to kup tam i tam. Słuchaj, co do ciebie mówię, bo nie chcę jutro odbierac telefonów z pytaniami, co mówiłam", on odpowiada: "okej", ale nastepnego dnia dzwoni telefon i słyszę: "to gdzie ja miałem to kupić?" Żeby było proporcjonalnie, facet powinien mieć chyba dodatkową parę uszu, a kobieta tylko pół języka...

    Ania: Nie gadaj, że mówisz do Andrzeja, co ma gdzie kupować! Myślę, że to jest stanowczo za wysoki level  Przecież to jest wręcz niewykonalne, żeby wybrać się na zakupy do kilku różnych sklepów... Andrzej jeździ na zakupy tylko do Biedronki i kupuje tam produkty z listy. Ewentualnie bez GPSa jest w stanie trafić jeszcze do takiej cukierni (bo to niedaleko). Przywykłam już do tego, że po jakieś inne rzeczy muszę jeździć sama, ale wydaje mi się, że pod tym względem Andrzeje nie są jacyś wyjątkowi. Słyszałam nieraz od koleżanek o facetach, którzy nie mają pojęcia, co to zakupy, ceny, itd. A wracając do tego, co napisałaś wcześniej, to pisałaś o swoim Andrzeju, a ja mam wrażenie, że czytałam o moim. On też kiedyś potrafił słuchać, chyba nawet interesowało go, co mam do powiedzenia, a teraz... niezupełnie.

    Karolina: Powstało setki demotywatorów i memów na temat różnic między płciami. Większość z nich oczywiście pokazuje, jakie to kobiety są romantyczne i uczuciowe, a faceci jednowymiarowi. Oczywiście jest w tym dużo prawdy. Jest taki stand up na Comedy Central, który pokazuje, ile kobieta mieści rzeczy w głowie na konkretne hasło i ile ma skojarzeń, a facet w tym samym czasie potrafi pomyśleć tylko "ciastko". A kiedy są chorzy?! Kobieta, kiedy ma gorączkę, potrafi posprzątać, pozmywać i przygotować jedzenie, a facet? Już przy 37 stopniach umiera i biegnie po L4.

    Ania: Nie wiem, jak u Was wygląda np. wstawanie, gdy trzeba gdzieś jechać rano, ale u nas jest mniej więcej taki schemat: 
    7:00 dzwonią nasze budziki
    7:02 ja wstaję, a A. pomrukuje coś niezrozumiałego
    7:03 biorę prysznic, myję włosy
    7:20 robię dla nas śniadanie
    7:30 idę suszyć włosy i wstawiam wodę w czajniku z gwizdkiem
    7:35 A. zwleka się z łóżka, człapie do kuchni, przekręca kurek, żeby czajnik przestał gwizdać - czasami zalewa herbatę, a czasami nie, po czym wraca do łóżka
    7:40 ja: Andrzeeej, wstawaaaaj!
    7:42 ja: Andrzeeeeeej, wstawaaaaaaaj!!
    7:43 zrezygnowana zaczynam jeść śniadanie
    7:45: ja: wstawaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaj!
    7:50 kończę śniadanie...
    7:51 ja: wstawaj do jasnej cholery!!!!!
    A.: która jeeest? Cooo?! Tak późno?! Czemu mnie nie obudziłaś?!

    Karolina: Nie, to akurat jest kwestia indywidualna, ale przypomniało mi się coś jeszcze. Nie wiem czy zauważyłaś, ale mężczyźni mają jedno hasło, które doprowadza mnie do szału - "po co?" Kobieta, jak wiadomo, jest doskonałym strategiem i planuje wiele rzeczy do przodu. Fakt jest taki, że jeśli dostaniemy w prezencie wolny czas, to wykorzystujemy go na myślenie i przychodzi nam do głowy masa kreatywnych rzeczy, takich jak wakacje, zakupy, kursy i coś, czego mężczyźni nienawidzą pasjami... remont :P Ale bez względu na to, co wymyślę, na ogół słyszę to cholerne "po co?". Rzecz jasna ono dotyczy rzeczy, w które chcesz zaangażować faceta, bo jeśli coś przyjdzie ci do głowy i do realizacji wystarczysz sama sobie lub skołujesz sobie kogoś innego, to jest okej.

    Ania: Dla mnie jednak najbardziej spektakularne jest to, że kobiety (nawet, gdy nie są przyjaciółkami i znają się przelotnie) na ogół rozumieją się bez słów. Wystarczy, że w tym samym momencie zobaczą coś lub usłyszą - jedno spojrzenie, wymowny uśmiech i od razu obie wiedzą, o co chodzi. Wyobrażasz sobie, że próbujesz dać coś facetowi do zrozumienia i chcesz to zrobić w bardzo dyskretny sposób? Ty dwoisz się i troisz, a on nie ma bladego pojęcia, o co chodzi. Często - bo nie wie przecież, co to znaczy DYSKRETNIE - zadaje nawet przy tym pytania! Ja dawno temu - jeszcze nieświadoma tych wszystkich damsko-męskich zależności - podejmowałam próby... Oczywiście już dawno przestałam.

    Karolina: Oni rozumieją się bez słów tylko tylko wtedy, kiedy pada hasło "co pijemy?".  A zauważyłaś, jak oni się postrzegają? Kobieta - nawet jak jest najpiękniejsza - to nosi ze sobą całą masę kompleksów, a koleś - nawet jak jest totalnym burakiem - ma więcej w obwodzie brzucha niż wzrostu, czoło zrobiło się nieco wyższe, to i tak myśli, że jest bogiem seksu i nie ma laski, która by mu się oparła. Aaaa i jeszcze wygląd. Znowu muszę odwołać się do cholernego "po co?", bo co za różnica czy ten sweter jest zmechacony, a te spodnie mają wypchane kolana? No i czy to istotne, że na imprezę, do pracy i do restauracji zakładają to samo? Panowie: chcecie żeby kobiety były dla Was zawsze atrakcyjne, pięknie wyglądały i pachniały? To teraz będzie odkrycie! : to działa w dwie strony. Też chcemy przed jakimś wyjściem powiedzieć: "wow, kochanie, pięknie wyglądasz". No i będzie nam bardzo miło, jeśli sami poczujecie potrzebę kupienia sobie czegoś nowego. Jasne, że nie marzę o facecie, który spędza więcej czasu w łazience niż ja i zna najnowsze trendy modowe, ale fajnie, jeśli przeciętny facet będzie miał coś więcej niż własną gąbkę, szczoteczkę do zębów i ręcznik.

    Ania: Pozwolę sobie zakończyć cytatem: "Przecież ja wszystko mam! Niczego nie potrzebuję!"...