expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róznice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róznice. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 stycznia 2013

nie

Asertywność – w psychologii termin oznaczający posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych. Jest to umiejętność nabyta.

Karolina: Wiesz, co to jest asertywność?

Ania: Czekaj..., zerknę do słownika  Niby wiem, ale wyłącznie w teorii. W praktyce wcale nie jestem asertywna i chociaż czasem mi to trochę przeszkadza... nie umiem inaczej.
Karolina: Ja uważam, że jestem, choć niektórzy postrzegają to jako egoizm. Jak byłam w podstawówce, mieliśmy 3-dniowy kurs asertywności. Nie pamiętam, w której to było klasie - 4, może 5. Przyszła do nas para psychologów i robili nam różne ćwiczenia. Myslę, że to pomogło. Pamiętam, że bardzo mnie to zaiteresowało i marzyłam, żeby zostać psychologiem:)
A jak rozumiesz asertywność?

Ania: Ja to rozumiem głównie jako umiejętność wyrażania własnego zdania - zwłaszcza w jakichś sytuacjach, kiedy ktoś usilnie stara się narzucić Ci swoją opinię, która w Twoim mniemaniu jest zupełnie błędna. Zazwyczaj w takich sytuacjach wtrącam to, co mam do powiedzenia, a "ekspert", z którym właśnie rozmawiam, kompletnie się ze mną nie zgadza, próbuje mnie zakrzyczeć, choć nie ma nawet jednego sensownego argumentu. To akurat nazywam zwyczajnie - głupotą, a wiadomo, że jest to przypadłość, na którą dotąd nie wymyślono leku. Nie wiem czy jest to brak asertywności, czy może raczej pragnienie świętego spokoju, ale znam ludzi, z którymi naprawdę nie ma sensu dyskutować. Nazywam ich ironicznie "ekspertami w każdej dziedzinie" - wiesz, jak ktoś nie zna się na niczym, to zazwyczaj myśli, że zna się na wszystkim  Szkoda na takich czasu i energii. Wracając do asertywności, to kluczowa wydaje mi się tutaj umiejętność odmawiania - nie na zasadzie: "nie, bo nie", tylko w taki sposób, żeby uświadomić drugiej osobie, że dany pomysł/prośba Ci nie odpowiada, bo np. masz już inne plany, itp. Ja w takich sytuacjach dwoję się i troję, żeby zrobić coś dla tej osoby, chociaż czasami nie jest mi nawet bliska. Powiem jednak szczerze, że lubię być potrzebna, więc na ogół staram się w taki sposób wszystko zaplanować i dograć, żeby móc zrobić to coś, o co zostałam poproszona. Ja chyba w ogóle jestem mało konfliktowa ;)

Karolina: Ty jestes dziwnym przykładem akurat, bo potrafisz być asertywna w dziale "dyskusja", ale ciężko Ci to przychodzi w dziale "czyny". Wiesz, ludzie mi często zarzucają, że wiele rzeczy nie chce mi sie robić z lenistwa czy z czystego egoizmu, ale w moim mniemaniu to właśnie asertywność. A to dlatego, że wiele osób zwyczajnie nauczyło się wysługiwać innymi i jeśli ciągle cos dla nich robisz, to oni się do tego przyzwyczajają i zawsze już będą mieć dla Ciebie jakieś zadania. Ty akurat po części to lubisz, ale ile było takich chwil w życiu, że miałaś dość? Uważam, że z tego rodzą się też małe frustracje, bo nie odmawiasz, ale też nie zawsze robisz to z przyjemnością (już nawet nie chodzi konkretnie o Ciebie, ale o ludzi). I tak - wkurzając się - rezygnujesz z jakiejś części siebie, po to, żeby "nie było Ci głupio", podczas kiedy ten ktoś już przeszedł do porządku dziennego nad tym, że się Tobą wyręcza i wcale nie jest mu z tym źle. Ja, mówiąc sto razy: "nie", za sto pierwszym powiem: "tak" i będzie to całkiem szczere "tak", bo będę czuła, że chcę to dla kogoś zrobić, a nie będzie to przymus, z którego nie potrafię się wykręcić.
Ania: Ale bywają też takie sytuacje, kiedy zgadzasz się na coś, choć Ci to wcale nie pasuje, bo się przejmujesz, co sobie ten ktoś pomyśli, czy się nie obrazi, itp. Ja to doskonale rozumiem, bo sama w tym konkretnym przypadku też bym nie odmówiła. Próbuję Ci jednak uświadomić, że z tą Twoją asertywnością, to jednak nie tak do końca...

Karolina: Tzn, że ja ją źle pojmuję, czy że to głupi wynalazek?

Ania: Tzn., że to ja miałam być tą nieasertywną, a nie Ty, a okazuje się, że Ty też - może nie jesteś, ale bywasz nieasertywna.

Karolina: BYWAM nieasertywna, tak jak Ty BYWASZ asertywna. Myslę jednak, że dzieje sie tak dlatego właśnie, że ludzie nie nabywają tej cechy. Gdyby każdy się tego nauczył, gwarantuję Ci, że nie byłoby głupio Ci odmówić, bo nikt nie miałby do Ciebie o to pretensji. I od razu świat staje się piękniejszy:) Nie jestem święta, bo sama wyręczam się innymi, ale gdyby oni od początku postawili mi jasne granice, to wiedziałabym, na co mogę sobie pozwolić. Nikomu też po 30 latach nie pękałaby żyłka i nie krzyczałby: "dość!", bo wystarczy od razu powiedzieć: "nie!" i oszczędzić sobie wielu lat hodowania żółci.

Ania: Pewnie tak, ale tutaj potrzeba dobrej woli dwóch stron - gdyby ludzie nie wyręczali się ciągle innymi i przynajmniej próbowali robić coś czasem sami, to nie musiałabyś się zastanawiać: odmówić czy się zgodzić...

Karolina: Czyli wnisek jest taki, że antonimem lenistwa nie jest pracowitość, tylko nieasertywość :), a idąc tym tropem ja wcale nie jestem asertywna, tylko zwyczajnie leniwa, dzięki :) 

Ania: hehe do usług :) Masz jeszcze jakieś pytania? ;)

Karolina nie :P








czwartek, 3 stycznia 2013

okres pylenia





Karolina: Święta przebiegły spokojnie i rodzinnie. Już myślałam, że zakończą się z bilansem na duży plus, kiedy to poszliśmy na pewną kolację, gdzie jak zwykle czekał na mnie kieliszek wódki (choć nigdy jej tam nie piję). Gospodarz oczywiście napełnił go, nie pytając mnie nawet czy mam na to ochotę i po chwili wzniósł toast. Ja oczywiście nie podniosłam swojego szkła, więc oczy obecnych wylądowały na mnie. "A ty, Karolinko, nie pijesz?" - "Jak zawsze nie" - odpowiedziałam, choć w głowie miałam do tego stwierdzenia didaskalia zaczynające się na "ku" i "chu". Namowa trwała kilkanaście sekund, ale Andrzej ryknął wreszcie, że wiedzą, że nie piję i żeby przestali mnie namawiać. Niestety nie wszyscy rozumieją, jak można nie lubić wódki, dlatego jeden ze współtowarzyszy odwrócił kota ogonem i powiedział dumny z pointy: "kobiety w pewnych stanach nie spożywają alkoholu". Pomyślałam: "w jakich stanach? W Alabamie, na Florydzie?", ale powiedziałam: "Tak! Ten stan nazywa się permanentna niechęć do wódki", ale typ nie dawał za wygraną i powtórzył to jeszcze raz, na co jego żona stwierdziła dobitnie: "Przecież jeszcze nie jest zapylona, bo byłoby widać". Bożżżeeeee!!! Pomijam fakt poziomu tego spotkania, ale czemu tak jest, że żyłam z facetem 7 lat, ponad 5 pod wspólnym dachem, a 3 miesiące po ślubie ludzie wymuszają rozmowy o dziecku. Pewnie jak się niedługo nie pojawi, to znaczy, że coś jest nie tak i to z nikim innym, jak tylko ze mną.

Ania:  No właśnie - 3 miesiące... Nie zapominaj, że ja jestem po ślubie prawie 2,5 roku i tak się cudownie składa, że też wszyscy wokół (a kto przede wszystkim - wiesz doskonale) przez ten cały czas oczekują, że zostanę zapylona - jak to uroczo określiła ciotka Twojego Andrzeja. Radzę uzbroić się w cierpliwość, bo żadne tłumaczenia, wyjaśnienia nic nie dają. Kiedyś rzeczywiście tak było, że najpierw ślub, potem praktycznie od razu dziecko, ale dlaczego ktoś ma decydować za mnie? Nie chcę, żebyśmy zawsze byli tylko we dwójkę, ale chyba mam prawo zachodzić w ciążę wtedy, gdy sama będę tego chciała, TAK? Nawet sobie nie wyobrażam, co czują pary, które od miesięcy czy nawet lat starają się o dziecko i nie chcą rozgłaszać wszem i wobec, że jest z tym pewien problem. Z pewnością ich też ciągle ktoś pyta, kiedy i dlaczego nie 3 lata temu... Koszmar... Poza tym może niektórzy uznają to za egoizm, ale przecież nikt nie ma obowiązku posiadania dzieci. To, że ja chcę je mieć, wcale nie oznacza, że inni też muszą, ale to już w głowach tych wszystkich doradców-żartownisiów się nie mieści...



Karolina: No właśnie, ale wiesz, że ludzie lubią decydować o życiu innych w każdej kwestii. Ty przynajmniej jesteś w tej dogodnej sytuacji, że wiesz, że chcesz to dziecko mieć, ja nie jestem tego pewna. Kiedyś myślałam, że tak, potem, że absolutnie, a teraz się waham. Nie chcę, żeby ono było, bo tak wypada czy dlatego, że nie wystarczamy sobie już sami nawzajem, albo z jakiegokolwiek innego głupkowatego powodu. Tak jak mówisz - kiedyś był ślub i nikt nie zastanawiał się czy chce mieć dziecko, tylko je miał. Zresztą kiedyś dziecko nawet nie było dla wielu człowiekiem. Dziś, kiedy edukacja w tym temacie tak bardzo poszła do przodu, posiadanie dziecka nie jest już tak oczywiste. Trzeba sie najpierw ustawić, zarobić, mieć warunki... Nie chcesz, żeby twoje dziecko się wstydziło, więc chcesz mu zapewnić to, co najlepsze,a w tych czasach to coraz trudniejsze.

Ania: Z jednej strony dobrze, że tak świadomie decydujemy się teraz na dzieci, ale z drugiej jest to dość absurdalne, wręcz chore, że wszystko obraca się wokół pieniędzy. My nie zdecydowaliśmy się dotąd właśnie ze względów ekonomicznych, ale teraz już wiem, że rzeczywistość jest taka, a nie inna i jeżeli naprawdę się tego chce, to myślę, że nie ma sensu zbyt długo czekać, bo z czasem wątpliwości wcale nie maleją - wręcz przeciwnie. My i tak już czekamy bardzo długo, tłumacząc się dość przyziemnymi, ale ważnymi (jak dla mnie) sprawami. Nie ma jednak żadnej pewności, że kiedykolwiek będzie lepiej, a do sześćdziesiątki przecież nie będziemy czekać. I masz rację - chcę zapewnić dziecku wszystko, co najlepsze, ale przecież nasza miłość, uwaga, wspólne zabawy dają mu lepszy start w dorosłe życie niż markowe ciuchy.



Karolina: tego jestem pewna tak jak Ty, ale niestety nie każdy w życiu wyznaje takie same wartości i w taki sam sposób wychowuje swoje dziecko, a Twoje kiedyś zetknie się z takim właśnie wychowaniem. No ale co ja mogę wiedzieć na ten temat - już jedna osoba w rodzinie powiedziała mi kiedyś, że nie mam instynktu macierzyńskiego. Niestety niektórzy poczytują za instynkt bieganie do każdego dziecka, gadanie do niego zrobniale i szarpanie mu policzków. Ja to widzę nieco inaczej. Poza tym jestem najmłodsza w rodzinie i rzadko kiedy miałam konktakt z dziećmi - stąd po prostu moja ostrożność i zachowawczość w kontaktach z nimi.

Ania:  I bardzo dobrze! Szarpanie za policzki to domena starych ciotek i nieporadnych babć, które to niby chcą okazać swoje ogromne zainteresowanie. ;) Nie zdarzyło mi się widzieć, żeby się to jakiemuś dziecku podobało... Ja też jestem zachowawcza, ale bardzo lubię dzieci. Czasami opiekuję się jakimiś z rodziny i chociaż po kilku godzinach z małym urwisem wcale nie jest tak fajnie, to zupełnie mnie to nie zniechęca. :)

Karolina: To bardzo dobrze:) Będziesz super mamą :) A ja może powoli dojrzewam do tej myśli, bo "moje, rodzinne" dzieciaki coraz bardziej mnie rozczulają, ale czekam na ten moment, kiedy zapragnę z całych sił i nie będę miała wątpliwości. A jeśli on nie nadejdzie, to skończę z farmą psów i też będę szczęśliwa :)

Ania: Myślę, że nadejdzie taki moment, kiedy zapragniesz z całych sił :) Wydaje mi się jednak, że wątpliwości są zawsze. Trzeba po prostu nauczyć się je ignorować... W przeciwnym razie nikt by chyba nie miał dzieci!









Ciekawe jesteśmy, co myślą na ten temat nasi Czytelnicy - mamy oraz osoby planujące i nieplanujące dzieci. Chętnie poczytamy Wasze opinie!