expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różnice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różnice. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 marca 2013

azjatycka zupa

Karolina: Nie pamiętam dokładnie, jak to było w PRL-u, bo - z racji wieku - nie byłam wtedy świadomym konsumentem, ale znam obraz usług z opowieści, żartów i filmów Barei. Zmiana ustroju zmieniła w tych relacjach pana. Kiedyś to sprzedawca czy urzędnik był władcą, do którego przychodzą poddani prosić o łaskę, a dziś pani za ladą czy biurkiem jest pod władaniem konsumenta. Nieprzypadkowo zagościło u nas powiedzenie "nasz klient, nasz pan". Wszystko to jest wynikiem kapitalizmu, w którym powoli zaczynamy mieć więcej usługodawców niż klientów i niestety pomalutku wracamy do czasów niewolnictwa. Dzięki programom telewizyjnym klient jest cały czas uświadamiany o swoich prawach i przywilejach. Wie, do kogo napisać i na kogo się poskarżyć, kiedy nie dostanie przy zakupach powyżej 20 zł próbki nowego szamponu albo pani kasjerka niewyraźnie powiedziała mu "dziękuję". Trenerzy i szkoleniowcy prześcigają się w uniwersalnym modelu mistrzowskiego sprzedawcy, który dziś nazywany jest asystentem sprzedaży, menegerem, sellerem, dealerem... Tworzą robociki, które za wszystko dostają punkty, odznaczenia, dyplomiki... A gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Powoli zaczynam wierzyć, że "empatia to taka zupa z Azji".

Ania: Ja mam zupełnie inne odczucia. Być może z tego powodu, że nigdy (dłużej niż miesiąc...) nie pracowałam jako sprzedawca. Teraz - prowadząc działalność - jestem trochę z tej drugiej strony. Nie zdarzyło mi się mieć aroganckiego klienta z podejściem: "płacę, więc wymagam". Wręcz przeciwnie - najczęściej przychodzą do mnie młodzi ludzie, z którymi bardzo dobrze mi się rozmawia. Ustalamy wspólną strategię, cenę, sposób wykonania. Nie mam problemu z byciem miłą, skoro ludzie też są mili. Podobnie jest z klientami, z którymi załatwiam wszystko mailowo. Oczywiście w tym przypadku jest o wiele bardziej rzeczowo i konkretnie, ale prawie nigdy nie brakuje pozdrowień i życzenia sobie miłego dnia, choć to tylko formułka. Myślę, że częściowo wynika to z tego, że występuje pomiędzy nami dość uczciwa zależność. Zarówno ja, jak i mój klient, stoimy wtedy na tym samym stopniu drabiny, nie ma zatem powodu, żeby jedno z nas się wywyższało. Niestety w sklepach czasami widzę, że sprzedawcy traktowani są bardzo z góry. Niektórzy klienci mają podejście roszczeniowe, a sprzedawca jest dla nich czymś (bo nawet nie osobą), czym można pomiatać, a on i tak musi się uśmiechać. Dotyczy to w szczególności tzw. nowobogackich...

KarolinaNo właśnie o to mi chodzi. Ty masz bardzo dobrą sytuację, bo sama jesteś sobie panią i nikt nie stoi nad tobą każąc robić ci jakąś normę w zdobywaniu klienta. Ponadto chodzi mi o zwykłe podejście do ludzi idące w dwie strony. Stojąc w kolejce na poczcie czy w banku słyszysz rosnącą agresję na panią w okienku i truizmy o tym "jak ja nienawidzę kolejek", ale ludzie zapominają o tym, że jeśli otwarte jest jedno stanowisko pracy, to nie jest to wina tej pani, tylko jej przełożonych. Klientem jest każdy z nas, ale nie każdy stoi po tej drugiej stronie, dlatego "walka" jest nierówna. Pamiętajmy tylko o tym, że nie jesteśmy robotami i czasem ciężko szczerzyć się pani siedzącej przy kasie, jeśli w domu jej mąż zalał pałę, a dziecko wagaruje. Często nie jest łatwo zamienić się w robota, zamknąć za sobą drzwi pracy i tam stawać się innym człowiekiem, bo wtedy aplikując na stanowisko w sklepie czy urzędzie wypadałoby przejść kurs aktorstwa.

Ania: Niestety tak to wygląda. Tyle się mówi o oddzielaniu życia prywatnego od zawodowego, ale przecież jesteśmy ludźmi, a nie cyborgami i nie uważam, że to jest w ogóle możliwe. Jednak każda praca ma jakieś wady, dlatego na pewno nie tylko sprzedawcom bywa źle.

Karolina: Nie twierdzę, że im. Mówię tu ogólnie o bezpośrednich usługodawcach. Chodzi mi o to, że zanim wyskoczymy z jakąś niesamowitą reakcją, może warto to zrobić z małym opóźnieniem, a przez te kilka sekund wykrzesać w sobie jakieś pokłady empatii, a swoją agresję zamiast na innych ludziach zacząć wyładowywać np. na siłowni?

Ania: Dobry pomysł! Teraz tylko pozostaje przekonać do tego zapewne dość spory odsetek społeczeństwa... 








    czwartek, 17 stycznia 2013

    wieża babel


    - Która godzina? - Tak, jestem szczęśliwa, 
    i brak mi tylko dzwoneczka u szyi, 
    który by brzęczał nad tobą, gdy śpisz. 
    - Więc nie słyszałaś burzy? Murem targnął wiatr, 
    wieża ziewnęła jak lew, wielką bramą 
    na skrzypiących zawiasach. Jak to, zapomniałeś? 
    Miałam na sobie zwykłą szarą suknię 
    spinaną na ramieniu. - I natychmiast potem 
    niebo pękło w stubłysku. Jakże mogłam wejść, 
    przecież nie byłeś sam. - Ujrzałem nagle 
    kolory sprzed istnienia wzroku. - Szkoda, 
    że nie możesz mi przyrzec. - Masz słuszność, 
    widocznie to był sen. - Dlaczego kłamiesz, 
    dlaczego mówisz do mnie jej imieniem, 
    kochasz ją jeszcze? O tak, chciałbym, 
    żebyś została ze mną. - Nie mam żalu, 
    powinnam była domyślić się tego. 
    - Wciąż myślisz o nim? - Ależ ja nie płaczę. 
    - I to już wszystko? - Nikogo jak ciebie. 
    - Przynajmniej jesteś szczera. - Bądź spokojny, 
    wyjadę z tego miasta. Bądź spokojna, 
    odejdę stąd. - Masz takie piękne ręce. 
    - To stare dzieje, ostrze przeszło 
    nie naruszając kości. - Nie ma za co, 
    mój drogi, nie ma za co. - Nie wiem 
    i nie chcę wiedzieć, która to godzina.


    Na wieży Babel, Wisława Szymborska

    Ania: Nie macie czasem wrażenia, że wasi faceci są trochę z innego świata? Niby mówią w tym samym języku, a jednak w innym, niby rozumieją, a jednak okazuje się, że na swój – im tylko znany – sposób, niby z Wami rozmawiają, ale czy „uhm, hmm, ehe, noo…” wypowiadane po Waszym kilkuzdaniowym monologu można w ogóle nazwać rozmową? Wiele razy zdarzyło mi się coś z Andrzejem ustalić, a potem okazywało się, że ustaliłam to raczej z samą sobą… To mnie chyba najbardziej irytuje – mówię np.: „obiad będziesz miał w lodówce, ja wrócę wieczorem”, a ten zdziwiony! Jasne, że dzień wcześniej mówiłam mu, dokąd i kiedy się wybieram, ale jednak jego mózg tego nie zarejestrował. Bywa też, że przyznaje mi rację, a nawet nie czai, co mówiłam. Potem dowiaduję się, że mu coś wmawiam! Chyba zacznę nagrywać nasze „rozmowy”, żeby w razie czego mieć dowody


    Karolina: O tak! Zdecydowanie przydałoby się zacząć rejestrować! Ale mój głos chyba zmienił barwę i stał się dla niego niesłyszalny, chyba przyjęłam inne fale, bo kiedyś słuchał i rozumiał, potem tylko słyszał, ale nie słuchał, a teraz to już chyba nawet nie słyszy... Oczywiście nie jest tak zawsze, ale przytrafia się to coraz częściej. I to nie jedyna różnica między nami. Zobaczmy jak wyglądają nasze zakupy. Ja myślę, co ma być w lodówce, planuję, co ugotuje i co zawsze musi być w kuchni. Idę do sklepu i wychodzę z pełnym koszykiem, bo wiem, że poza śniadaniami, obiadkami i kolacjami możemy mieć gości, więc nie przyjmę ich z pustymi rękami. Kiedy Andrzej chodził do sklepu i prosiłam go o trzy rzeczy, to przynosił dwie...Teraz jest tak, że dostaje kartkę z listą i to jest fajne, kiedy kończy się miesiąc, a budżet topnieje, bo wiem, że nie będzie miał inwencji i nic poza rzeczami z listy nie znajdzie się w koszyku, ale na boga... Mówię: "masz tu listę, to i to kup tam i tam. Słuchaj, co do ciebie mówię, bo nie chcę jutro odbierac telefonów z pytaniami, co mówiłam", on odpowiada: "okej", ale nastepnego dnia dzwoni telefon i słyszę: "to gdzie ja miałem to kupić?" Żeby było proporcjonalnie, facet powinien mieć chyba dodatkową parę uszu, a kobieta tylko pół języka...

    Ania: Nie gadaj, że mówisz do Andrzeja, co ma gdzie kupować! Myślę, że to jest stanowczo za wysoki level  Przecież to jest wręcz niewykonalne, żeby wybrać się na zakupy do kilku różnych sklepów... Andrzej jeździ na zakupy tylko do Biedronki i kupuje tam produkty z listy. Ewentualnie bez GPSa jest w stanie trafić jeszcze do takiej cukierni (bo to niedaleko). Przywykłam już do tego, że po jakieś inne rzeczy muszę jeździć sama, ale wydaje mi się, że pod tym względem Andrzeje nie są jacyś wyjątkowi. Słyszałam nieraz od koleżanek o facetach, którzy nie mają pojęcia, co to zakupy, ceny, itd. A wracając do tego, co napisałaś wcześniej, to pisałaś o swoim Andrzeju, a ja mam wrażenie, że czytałam o moim. On też kiedyś potrafił słuchać, chyba nawet interesowało go, co mam do powiedzenia, a teraz... niezupełnie.

    Karolina: Powstało setki demotywatorów i memów na temat różnic między płciami. Większość z nich oczywiście pokazuje, jakie to kobiety są romantyczne i uczuciowe, a faceci jednowymiarowi. Oczywiście jest w tym dużo prawdy. Jest taki stand up na Comedy Central, który pokazuje, ile kobieta mieści rzeczy w głowie na konkretne hasło i ile ma skojarzeń, a facet w tym samym czasie potrafi pomyśleć tylko "ciastko". A kiedy są chorzy?! Kobieta, kiedy ma gorączkę, potrafi posprzątać, pozmywać i przygotować jedzenie, a facet? Już przy 37 stopniach umiera i biegnie po L4.

    Ania: Nie wiem, jak u Was wygląda np. wstawanie, gdy trzeba gdzieś jechać rano, ale u nas jest mniej więcej taki schemat: 
    7:00 dzwonią nasze budziki
    7:02 ja wstaję, a A. pomrukuje coś niezrozumiałego
    7:03 biorę prysznic, myję włosy
    7:20 robię dla nas śniadanie
    7:30 idę suszyć włosy i wstawiam wodę w czajniku z gwizdkiem
    7:35 A. zwleka się z łóżka, człapie do kuchni, przekręca kurek, żeby czajnik przestał gwizdać - czasami zalewa herbatę, a czasami nie, po czym wraca do łóżka
    7:40 ja: Andrzeeej, wstawaaaaj!
    7:42 ja: Andrzeeeeeej, wstawaaaaaaaj!!
    7:43 zrezygnowana zaczynam jeść śniadanie
    7:45: ja: wstawaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaj!
    7:50 kończę śniadanie...
    7:51 ja: wstawaj do jasnej cholery!!!!!
    A.: która jeeest? Cooo?! Tak późno?! Czemu mnie nie obudziłaś?!

    Karolina: Nie, to akurat jest kwestia indywidualna, ale przypomniało mi się coś jeszcze. Nie wiem czy zauważyłaś, ale mężczyźni mają jedno hasło, które doprowadza mnie do szału - "po co?" Kobieta, jak wiadomo, jest doskonałym strategiem i planuje wiele rzeczy do przodu. Fakt jest taki, że jeśli dostaniemy w prezencie wolny czas, to wykorzystujemy go na myślenie i przychodzi nam do głowy masa kreatywnych rzeczy, takich jak wakacje, zakupy, kursy i coś, czego mężczyźni nienawidzą pasjami... remont :P Ale bez względu na to, co wymyślę, na ogół słyszę to cholerne "po co?". Rzecz jasna ono dotyczy rzeczy, w które chcesz zaangażować faceta, bo jeśli coś przyjdzie ci do głowy i do realizacji wystarczysz sama sobie lub skołujesz sobie kogoś innego, to jest okej.

    Ania: Dla mnie jednak najbardziej spektakularne jest to, że kobiety (nawet, gdy nie są przyjaciółkami i znają się przelotnie) na ogół rozumieją się bez słów. Wystarczy, że w tym samym momencie zobaczą coś lub usłyszą - jedno spojrzenie, wymowny uśmiech i od razu obie wiedzą, o co chodzi. Wyobrażasz sobie, że próbujesz dać coś facetowi do zrozumienia i chcesz to zrobić w bardzo dyskretny sposób? Ty dwoisz się i troisz, a on nie ma bladego pojęcia, o co chodzi. Często - bo nie wie przecież, co to znaczy DYSKRETNIE - zadaje nawet przy tym pytania! Ja dawno temu - jeszcze nieświadoma tych wszystkich damsko-męskich zależności - podejmowałam próby... Oczywiście już dawno przestałam.

    Karolina: Oni rozumieją się bez słów tylko tylko wtedy, kiedy pada hasło "co pijemy?".  A zauważyłaś, jak oni się postrzegają? Kobieta - nawet jak jest najpiękniejsza - to nosi ze sobą całą masę kompleksów, a koleś - nawet jak jest totalnym burakiem - ma więcej w obwodzie brzucha niż wzrostu, czoło zrobiło się nieco wyższe, to i tak myśli, że jest bogiem seksu i nie ma laski, która by mu się oparła. Aaaa i jeszcze wygląd. Znowu muszę odwołać się do cholernego "po co?", bo co za różnica czy ten sweter jest zmechacony, a te spodnie mają wypchane kolana? No i czy to istotne, że na imprezę, do pracy i do restauracji zakładają to samo? Panowie: chcecie żeby kobiety były dla Was zawsze atrakcyjne, pięknie wyglądały i pachniały? To teraz będzie odkrycie! : to działa w dwie strony. Też chcemy przed jakimś wyjściem powiedzieć: "wow, kochanie, pięknie wyglądasz". No i będzie nam bardzo miło, jeśli sami poczujecie potrzebę kupienia sobie czegoś nowego. Jasne, że nie marzę o facecie, który spędza więcej czasu w łazience niż ja i zna najnowsze trendy modowe, ale fajnie, jeśli przeciętny facet będzie miał coś więcej niż własną gąbkę, szczoteczkę do zębów i ręcznik.

    Ania: Pozwolę sobie zakończyć cytatem: "Przecież ja wszystko mam! Niczego nie potrzebuję!"...

    czwartek, 10 stycznia 2013

    mall generation


    Ania: Oglądałam nie tak dawno "Salę samobójców" i chociaż uważam, że niektóre momenty są dość mocno przesadzone, to film stał się bodźcem (a raczej jednym z nich) do przemyśleń dotyczących współczesnej młodzieży. Może nie ma się czym chwalić, ale ja w czasach licealnych nie miałam nawet w domu Internetu, a dzisiaj to aż nie do pomyślenia. Zauważyłaś, że między nami a współczesnymi powiedzmy 14-17-latkami wytworzyła się niemal przepaść? Raz, że czasem trudno zrozumieć, w jakim języku mówią, dwa - często żyją właśnie w jakiejś cyberprzestrzeni. Nie powiem, bo my same gadamy najczęściej za pośrednictwem facebooka, ale to z racji odległości - na zasadzie jak się nie ma, co się lubi... Tymczasem obserwuję na co dzień pewną 18-latkę, która nie rozstaje się z Internetem, bo z niego się najczęściej uczy (podręczniki - mimo swojej obecności w szafce - są chyba passe), tam rozmawia ze znajomymi, itp. Gdy jednak pisze jakieś prace, referaty, korzysta z prawdziwej, a nie wirtualnej literatury, więc nie należy tak w 100% do internetowego pokolenia. Wracając do różnic pokoleniowych - ja i tak mam ułatwione zadanie, bo mam młodsze rodzeństwo. A jak Ty to widzisz? Co np. powiesz na to:



    Karolina: Ja jestem pomiędzy. Nie czuję się grzybem, który nie wie jak ugryźć temat, ale też oczywiście nie dorastam do pięt ludziom śmigającym pomiędzy elektronicznymi nowościami. Określam siebie raczej mianem "dziecka telewizora", czyli coś, co jest pomiędzy pokoleniem "kasprzaka" i Internetu. Komputer miałam późno, ale od razu z łączem. Uważam, że jest to meeega przydatna rzecz, ale - jak każda na świecie - ma swoje minusy. Nie mam rodzeństwa, ale mam wśród znajomych kilka osób młodszych ode mnie. Oni często rzucali różnymi hasłami i sloganami, dlatego żeby nie wyjść na idiotkę, zaczęłam się bardziej zagłębiać. Niestety to, co zastałam, zaczęło mnie troche przerażać, bo faktycznie zobaczyłam, jak wielka jest przepaść. Mam 28 lat i nie załapałam się dzięki Bogu na gimnazjum. Ty jestes jego pierwszym, eksperymentalnym rocznikiem, więc jeszcze nie zdążyłaś się zepsuć, każdy następny jakby kopał tunel między nami. 

       Ania: Ja też nie czuję się grzybem, ale jednak koleżanki mojej siostry (8 lat różnicy) na ogół wolą zwracać się do mnie per "pani". Przyznasz, że jest to jednak wyraźny sygnał... A co Ty sobie tak dodajesz lat? Do urodzin jeszcze "kawał czasu", a już piszesz, że masz 28? Ja mam 26 :)

    Karolina: No tak dodałam sobie całe 10 dni :)
    Ania: A wracając do tematu dzieciaków, to ja zdecydowaną większość czasu spędzałam na dworze (Ty pewnie na polu), a teraz jakoś trudno im się oderwać od tych swoich zabawek - komputerów, telefonów, playstation...

    Karolina: Oderwać to mało powiedziane. Ozywiście mogą spędzać cza poza domem, bo mają swoje smartphony, iphony, ipady... Dziś wszystko dzieje się szybko, zbyt szybko. Kiedyś ktoś miał jakiś pomysł i zanim wdrążył go w życie, to musiało chwilę upłynąć, a dziś ludzie boją się wchodzić na strony internetowe, bo kilka minut, godzin, dni temu ktoś to coś już przed nimi wymyślił. No i tak rodzi sie frustracja. Zaglądasz na blogi, portale społecznościowe, a tam każdy pokazuje w pigułce, jak wygląda jego życie, a że na ogół czymś się chwali, to zaczynasz czuć żal, że Twoje jest takie zwyczajne, a inni mają takie fascynujące. No i jeszcze to "wszystkowiedzenie"! Dziś każdy małolat to współczesny Leonardo Da Vinci. Wszystko już widział, wszystko wie, ma na wszystko sposób i receptę... Ale zabierz mu Internet... Dzieciaki spędzają woly czas w centrach handlowych. Dziś jak powiesz "galeria", to nikt nie myśli już o miejscu, w którym prezentuje się sztukę.Popijają kawkę ze Starbucksa, robią sobie zdjęcia w łazienkowych lustrach, a potem to wszystko relacjonują, oceniają, komentują... Dziś każdy ma syndrom celebryty i każdy chciałby być na świeczniku. Owszem, możesz się od tego odłączyć, nie korzystać i żyć tym "prawdziwym" życiem, ale z drugiej strony takie są teraz realia i to powoli zaczyna być tą prawdą. Czy z tego korzystam: tak. Czy mi się to podoba: nie, ale nie chcę się sama oszukiwać, że takie cyber życie nie istnieje, i że ono może mnie nie dotyczyć, bo jeśli chcę być dziś na bieżąco, to niestety muszę się tym ubabrać.

    Ania: A mnie jakoś zupełnie nie zależy, żeby być na bieżąco. Mam laptopa, który służy mi do pisania i jakiejś prostej grafiki, więc nie musi to być nie wiadomo co, mam telefon - od lat ten sam, bo się przyzwyczajam i zwyczajnie nie chce mi się uczyć obsługi nowszego modelu, jeśli chodzi o te wszystkie i... coś tam, to nawet nie rozróżniam. Nie powiem jednak, że mi z tym źle. Gdybym chciała, poszperałabym w sieci i się doedukowała, tylko po co? Jeśli kiedyś będziemy miały dzieci, to z czasem trzeba będzie zacząć się lepiej orientować. Póki co jest mi to zbędne :)

    Karolina: a mnie to trochę jara, lubię gadgety i mam do nich jakiegoś rodzaju łatwość, ale staram się też nie przesadzać z tym wirtualnym światem i kiedy mam wolne dni, kompletnie nie korzystam z komputera. Czuję, że takie małe "odwyki" sprawiają, że jeszcze nie jestem uzależniona.
    Ania: Ja mam jedynie manię sprawdzania poczty. Tłumaczę to sobie swoją pracą - że klient nie będzie czekał w nieskończoność na odpowiedź, ale wiem, że to pewnego rodzaju uzależnienie, bo gdy nie mam do niej dostępu przez kilka godzin, to się stresuję. Może nie dzieli nas w takim razie od tego internetowego pokolenia przepaść, tylko zaledwie niewielki murek?...


    P.S.  Karolina poleca:
    - "Dzieciaki"( "Kids" 1995 r) reż. Larry Clark
    Myślę, że otrzeźwi każdego myślącego widza. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam go na VHS nie wierzyłam, że takie rzeczy mogą mieć miejsce, ale choć z opóźnieniem to jednak niestety dociera do nas wszystko.
    - "Galerianki" 2009 reż Katarzyna Rosłaniec
    Tego tytułu zapewne nikomu nie muszę przedstawiać.
    - "Sala samobójców" 2011 reż Jan Komasa
    Wspomniany wcześniej przez Anię. Mało kto nie widział tego filmu. Ja nie jestem jego największą fanką, choć faktycznie jest on w jakiś spoób przełomowy.
    - "Bejbi blues" 2013 reż. Katarzyna Rosłaniec
    Własnie wróciłam z kina i choć wiele rzeczy nie jest mi obcych i domyśliłam się zakończenia to jednak czuję, że dostałam tym obrazem w pysk. Mam nadzieję, że takie filmy, jak te wyżej wymienione każdy nastolatek odbierze jako solidne grożenie paluszkiem, a nie tylko jako półtoragodzinną rozrywkę. 



    wtorek, 4 grudnia 2012

    love and marriage

    Love and marriage, love and marriage
    Go together like a horse and carriage
    This I tell you brother
    You cant have one without the other.

    Karolina:- Myślę, że każdy zna ten kawałek Franka Sinatry głównie za sprawą amerykańskiego serialu komediowego "Świat według Bundych". Myślisz, że rzeczywiście miłość i małżeństwo to jedno? Ja na pewno nie. Zwłaszcza jako świeżo upieczona małżonka (blee) hehehe



    Ania:- Przez Ciebie mam przed oczami oblesia na kanapie z łapą w gaciach! Zaraz jednak przywołasz mnie do porządku, więc już się dyscyplinuję ;) Myślę, że w dzisiejszych czasach miłość i małżeństwo coraz częściej nie idą w parze. Szkoda, bo ja pod tym względem jestem tradycjonalistką i uważam, że ślub jest naturalnym następstwem miłości. Tymczasem coraz częściej ludzie - mimo wielkiej miłości - nie są i nie zamierzają być małżeństwem (co mi osobiście zupełnie nie przeszkadza, jednak w tym kraju, ze względu na brak regulacji prawnych, jest to trudna sytuacja). Często też bierze się ślub z zupełnie innch pobudek niż uczucia - np. pieniądze, ciąża...



    K:- ...albo takich jak ja? Tylko jak to nazwać? Szacunek do rodziców? Znakomicie żyło nam się "na kocią łapę", ale rodzice co jakiś czas marudzili, bardziej lub mniej dyskretnie. W końcu przetrawiłam to wszystko i pogadałam z Andrzejem. On nie był zachwycony, ale przekonywałam go, że jako para jedynaków też jesteśmy coś winni rodzicom, którym na tę myśl świeciły się oczy. Jego rodzice trzymali front - bo jak może nie być wesela (!), a moja mama - jako osobą wierząca - chciała ślubu. Rodzice tyle rzeczy robią dla dzieci, to i one mogą się czasem odwdzięczyć :) Poza tym pomyślałam, że nie chcę kiedyś żałować. No i zabrałam się do przygotowań, choć nie powiem, żeby cały biznes ślubny nie napawał mnie odrazą :)



    A:- Ty byłaś taką obrończynią konkubinatu, że jak mi napisałaś o tym ślubie, sądziłam, że za 3 dni Ci przejdzie ;) O dziwo, nie przeszło. Wydaje mi się też, że może nawet sama przed sobą nie bardzo potrafisz się do tego przyznać, ale gdzieś w głębi duszy też tego od początku chciałaś. To nie Ty jesteś od "robienia wszystkim dobrze", więc o ile rodzice pewnie dali jakiś impuls, o tyle na pewno nie zrobiłaś tego tylko dla nich. Co to, to nie! :) Zresztą chyba nie żałujesz?



    K:- Nie żałuję tylko dlatego, że przygotowania okazały się meeega przyjemne i chętnie uczyniłabym to swoim zawodem, no i oczywiście dlatego, że wesele było fajne, bo zgromadziłam tam wszystkich ważnych dla mnie ludzi. I dlatego zrobiłabym to jeszcze sto razy, ale sam ślub jest dla mnie kompletnie nieważny i nie jest, tak jak dla Ciebie, ukoronowaniem miłości. Ja miałam po prostu fajny melanż:) Nie byłam dziewczynką, która o tym marzyła i dostawałam ciarek na myśl o zaręczynach. SERIO!!! To nie było tak jak zwykle, że kobieta chce, tylko facet nie może się zdecydować. Zresztą tak jest coraz rzadziej. Aha, teraz mogę Ci powiedzieć, dlaczego nie używamy słów "mąż" i "żona". Otóż to ja wprowadziłam w domu zakaz używania tych słów - poza kontekstem żartobliwym - a to dlatego, że - jak dla mnie - od żony niedaleko do matki, a od matki do BABY. A baba to dla mnie taki twór, co siedzi w domu i zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, a mąż staje się chłopem i tu możesz sobie powrócić do swojego wyobrażenia z poczatku rozmowy o oblechu z ręką w gaciach :)



    A:- Aha, więc to tak... Myślę, że za bardzo demonizujesz słowa "mąż" i "żona". Wbiłaś się w pewne stereotypy (wg mnie, zupełnie nieprawdziwe) i tego się trzymasz. Ja w roli żony dobrze się czuję. Myślę, że podobnie byłoby z rolą matki, co nie oznacza, że zamienię się w babę. W żadnym wypadku! Dobrze wiem, że Ty też nie - bez względu na to czy jesteś żoną, konkubiną, dziewczyną... Zresztą wydaje mi się, że to taka domena współczesnych młodych żon. Nie chcemy pozostawać w cieniu mężów, żyć ich życiem i stawiać sobie za cel codzienne dwudaniowe obiadki. Chętnie poczytałabym opinie innych dziewczyn na ten temat, a Ty?



    - Ja też :) Piszcie, piszcie, piszcie! :)
















    Zdjęcia Karoliny wykonał za pomocą rewelacyjnych rączek, oka i sprzętu Łukasz Filipowski: www.lukaszfilipowski.pl

    Zdjęcia Ani wykonał rewelacyjny, niezastąpiony oraz pełen pomysłów Tomasz Cichoń: http://cichontomasz.pl

    czwartek, 29 listopada 2012

    childhood

    Karolina:"Nasze dzieciństwo pamiętają nasi staruszkowie, naszą starość - nasze dzieci. My sami pamiętamy zaledwie kilka momentów." Myślisz, ze tak jest? Ja chyba nie, ponieważ jestem osobą, która pamięta cholernie wiele rzeczy z dzieciństwa. A Ty?

    Ania:Wydaje mi się, że ja też. Są to bardzo wybiórcze rzeczy, takie migawki, które gdzieś się przewijają. Pamiętam np. mojego pradziadka, choć umarł, gdy miałam 2 lata. Dobra, może "pamiętam" to lekka przesada - mam w głowie taki obrazek, że dziadziuś Mieciuś siedzi w takim dużym fotelu i czyta gazetę.

    K:"dziadziuś Mieciuś " hehe :) U mnie też zawsze mówiło się "dziadziuś" na ojca mojej mamy. Zmarł dopiero w tym roku, miał 96 lat. Babcia natomiast odeszła wcześnie, bo 23 lata temu, 6 dni po moich czwartych urodzinach i pamiętam dokładnie pogrzeb. Babcię też zachowałam w czeluściach pamięci :) Gotowałam z nią obiady. Miałam taki swój mały zestaw kuchenny. Po południu babcia czytała mi jedną z moich ukochanych książek z wierszykami, ale niestety choroba rzucała jej się juz na wzrok, dlatego najlepiej szła jej jedna, która miała mega wielkie litery, ale i tak obie znałyśmy ją już na pamięć :)Potem była drzemka, a jak nie chciałam spać, babcia śpiewała mi piosenki. Jej ulubioną była "o mój romzarynie", hehe specyficzna jak na kołysankę, ale może chciała obudzic we mnie ducha patrotyzmu :)

    A:hehe no widocznie ;) Ja mam dwie babcie - Zosię i Kazię i jednego dziadka - Stasia, męża Kazi. Babcia Zosia za niecały miesiąc kończy 90 lat, ale jak na swoje lata, jest nad wyraz sprawna. Babcia Kazia i dziadek Stasiu - to z nimi wiąże się moje dzieciństwo, bo mieszkali tuż obok. Dziadek nauczył mnie czytać, gdy miałam cztery lata. Ola, moja kuzynka, chodziła wtedy do zerówki. Ja bardzo chciałam do przedszkola, ale z powodów "logistycznych" nie było takiej możliwości. Dlatego starałam się nadrabiać "zaległości" w domu, żeby nie zostać w tyle ;) Pamiętam, że dziadek pokazał mi kilka liter, dzięki czemu mogłam składać pierwsze wyrazy. Pozostałych uczyłam się tak, że gdy którejś nie znałam, to się pytałam - tym sposobem szybko poznałam alfabet. Bardzo byłam dumna! Liczenie jakoś mnie nie pociągało już wtedy...


    Z babcią też robiłyśmy różne rzeczy, koniecznie chciałam pomagać :)Oczywiście z różnym skutkiem, ale babcia zawsze była cierpliwa i pozwalała mi się wykazać.

    K:- Dziadkowie z reguły są bardziej cierpliwi :), choć nie do końca mogę to powiedzieć o rodzicach mojego ojca. Oni nie mieli do mnie na tyle cierpliwości, nie rozumieli, że dziecko to też człowiek, który może mieć swoje poglądy. Na szczęście dziadek się ocnknął i przeszedł na jasną stronę mocy:), a babcia powoli zaczyna mieć swój świat. Kiedy skończyłam 18 lat, powiedział mi, że jest ze mnie dumny, że wiele rzeczy zrozumiał i zobaczyłam, że ten konserwatysta okazał się łagodnym starszym panem, który coraz częściej się wzrusza. Myslę, że starzeje się najpozytywniej ze wszystkich ludzi, jakich znam. 
    Ale ciężko jest się pogodzić ze starzeniem, prawda? Zaczynając od ludzi dookoła, a kończąc na samej sobie. Kiedyś wydawało mi się, że ludzie prawie trzydziestoletni to juz pierdziele :), a teraz sama dobiegam trzech dych. Ale wciąż jakoś ciężko mi myślec o sobie jako o kimś całkowicie dorosłym. Zresztą ja mam mentalnośc dziecka i tak postrzegam świat. Może to wynika  z tego, ze jestem jedynaczką? Co prawda rodzice postawili sobie za cel nie wychowywać mnie jako tradycyjnego rozpieszczucha, tylko osobę bardzo samodzielną, ale ze znamieniem egocentryzmu nie wygram :)

    A:- Czy ciężko pogodzić się za starzeniem? Póki co nie mam poczucia, że się starzeję. Trudno jednak pogodzić się z tym, że starzeją się nasi bliscy. Nie ma jednak sensu rozwodzić się nad czymś, na co nie mamy żadnego wpływu, więc nie będę się rozpisywać na ten temat. Może następnym razem...