expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 7 lutego 2013

do it yourself

 KarolinaW tych czasach, kiedy możesz kupić praktycznie wszystko, niesamowitą karierę robi DIY (do it yourself), czyli w uproszczeniu rękodzieło :) To jest niesamowite, na jakie pomysły wpadają niektórzy i ilu jest uzdolnionych ludzi na świecie. Przeglądam portale, blogi i zachwycam się jednocześnie przytrzymując jedną ręką swoją szczękę. Zawsze zazdrościłam ludziom uzdolnionym manualnie, ale jeszcze bardziej tym, którzy mają głowę naładowaną pomysłami i strzelają nimi na prawo i lewo. Ja nie mam dwóch lewych rączek i uwielbiam dłubaniny remontowe. Oglądam namiętnie "Domo +" i programy kulinarne, bo pomysłowość tego typu kręci mnie najbardziej. A Ty?
Ania: Ja - jak wiesz - robię zaproszenia. Najczęściej ślubne, czasem też na inne okazje, np. komunia, chrzest, urodziny. Nie znaczy to jednak, że mam jakieś szczególne zdolności  Po prostu mam dobrą drukarkę i czasami jakiś pomysł. Ala masz rację - to, co ludzie potrafią zrobić właściwie z niczego (papier, liście, tkaniny), jest niesamowite! Najlepsze jest to, że zazwyczaj wcale nie trzeba wiele - wystarczy odrobina wyobraźni i szczypta talentu...

Karolina: I chęci! Wiele jest też osób, które są niesamowite, ale brak im wiary w siebie. Szkoda, bo myślę, że na swojej pomysłowości można tylko zyskać. Wystarczy zacząć od drobnostek. Podziwiam ludzi, którzy z precyzją projektują sobie piękne ozdoby, ręcznie robią dla innych prezenty i równie pięknie je pakują. Może te dwa pierwsze nie są moją domeną, ale lubię ślicznie zapakowane rzeczy. Przed świętami podłoga w moim pokoju zamienia się na chwilę w pracownię. Nie lubię prezentów w ozdobnych torebkach, bo to droga na skróty i niekoniecznie tańszy sposób.

Ania: Zdecydowanie! Ja też zawsze staram się ładnie zapakować prezenty pod choinkę, bo uważam, że opakowanie jest równie ważne, jak jego zawartość  Znam osoby, które wykonują ozdoby świąteczne - np. ozdabiają jajka wielkanocne ze styropianu kolorowymi wstążkami albo robią na szydełku ozdoby choinkowe... To już oczywiście wyższy stopień wtajemniczenia. Żałuję tylko tego, że przez napływ tzw. "chińszczyzny" naszym artystom trudno się przebić, bo raz, że cena takiego rękodzieła siłą rzeczy jest znacznie wyższa, a dwa - wystarczy zajrzeć na allegro, by się przekonać, że konkurencja jest spora. Ciekawa jestem czy wśród naszych Czytelników są jakieś osoby, które zajmują się szeroko pojętym rękodziełem... Jeśli tak, pochwalcie się koniecznie!
ODWIEDZAJCIE:







Jeśli znajdziemy jeszcze coś fajnego, to dodamy, a jeśli Wy znacie jeszcze jakieś cudowne strony to tez polecajcie.







środa, 6 lutego 2013

my music

Cześć! Dziś chciałam przedstawić siebie ze strony muzycznej. Ten wpis miał być wspólny, ale Anka stwierdziła, że jej podoba się wiele rzeczy, ale nie ma niczego, co kochałaby w szczególności, a i niestety z jej pamięcią jest na tyle kiepsko, że nie przypomina sobie już nazw zespołów i filmów jakie oglądała :P, dlatego postanowiłam napisać sama.
Rzecz jasna nie będzie to podróż godna Marka Niedźwieckiego czy Wojciecha Manna, ale postaram się opisać choć fragment mojego muzycznego życia.
Pomimo tego, że wychowywałam się głównie w latach 90, kiedy to największy boom przypadał na muzykę disco polo, w moim domu - na szczęście- takiej muzyki nikt nie słuchał. Fakt, była ona obecna, bo często po lekcjach lądowałyśmy z dziewczynami u mnie w domu i namiętnie śledziłyśmy "disco relax" , ale nasza pasja nosiła raczej znamiona pytania "Boże dlaczego?", niż była zajawką na takie rytmy.
Mój dom brzmiał Niemenem, Maanamem, Rodem Stewartem, Stingiem i polską muzyką lat 60 i 70. Wtedy oczywiście złościłam się kiedy ojciec wyśpiewywał "Pod papugami", ale dziś jestem mu za to wdzięczna.



Ja sama byłam wtedy na etapie Fasolek, Pana Tik Taka i Magdy Fronczewskiej, więc ucieszyłam się słysząc w "Bejbi blues" piosenkę o laleczce z saskiej porcelany.
W pierwszych latach podstawówki pokochałam Michaela Jacksona i kochałam go tak z trzy lata aż grom z jasnego nieba, pewnego gorącego lata nie zesłał grupy Backstreet Boys i mojego ukochanego Briana :)
W klasie nagle zrobiły się dwa obozy dziewcząt kochających BSB i The Kelly Family.
Jakiś czas potem nieco się ogarnęłam i usłyszałam u swojego brata, Huberta (jak ktoś woli niech będzie kuzyna) kasetę składu Kaliber 44 ( tak, tak kasetę, a nie jakieś tam mp3 czy cd) "Plus i minus" był kawałkiem, który odtwarzał bez końca, więc i mnie został w głowie i tak spiraciłam tę kasetę i też się z nią nie rozstawałam. Tak zaczęła się moja historia z tym nurtem muzycznym. Przez jakiś czas sama bujałam się w szerokich spodniach i udawałam, że potrafię jeździć na rolkach :) Dlatego, kiedy zasiadłam w kinie na filmie "Jesteś Bogiem" z każdym kawałkiem wracały do mnie różne wspomnienia i oglądałam go głównie emocjami.



W przerwach między Michaelem, a chłopakami z boys bandu żona (wtedy jeszcze dziewczyna) mojego chrzestnego, puściła mi debiutancki singiel grupy Hey, który to trochę mi się spodobał, a trochę chciałam być taka jak ona, a skoro słuchała takiej muzyki to ja nie mogłam być inna. I tak w moim życiu zawitała Katarzyna Nosowska, która jest moją największą muzyczną (tekściarską) miłością. Jednak przyszedł czas na hip hop, a Hey stało się moim prywatnym undergroundem, bo nikt z moich znajomych nie słuchał takiej muzyki. Tę miłość mogłam dzielić tylko w Jędrzejowie.



Poza tym "głęboko w środku gdzieś" byłam chyba jednak rockowa. Faceci u mnie w rodzinie słuchali takich zespołów jak Metallica, Nirvana, Iron Maiden albo klasycznego rocka, wyrażającego bunt i problemy egzystencjalne. Pamiętam jak Tomek puścił mi Republikę, a ja się krzywiłam, ale dziś jestem szczęśliwa i dumna, że ktoś nauczył mnie słuchania takiej muzyki.
Po drodze było jeszcze kilka małych fascynacji, ale na zawsze będę wierna klasyce i nie ma to w zasadzie znaczenia jaki to będzie gatunek: rock, jazz, rap... Myślę, że najważniejsze to mieć dobre podstawy.
Dziś jest za dużo muzyki na rynku żeby zamknąć się w jednym temacie. Zbyt wiele rzeczy mi się podoba żebym mogła opisać wszystko w jednym poście. Słucham wielu rzeczy od Birdy przez Ostrego, Brodkę, Sinatrę do Prodigy i wielu, wielu innych, nie zapominając przy tym o swoich największych klasycznych miłościach. Nie ma w moim muzycznym świecie miejsca na techno, disco polo i dance, a cała reszta jest zależna od produkcji.
Płyta, jaka wywarła na mnie ostatnio największe wrażenie -głównie przez warstwę tekstową- to "Jezus Maria Peszek". Jestem nią oczarowana- jeśli to dobre słowo na artystyczne obnażenie bólu.


Pozdrawiam
Karolina

sobota, 2 lutego 2013

Zakupy grupowe...



Zakupy grupowe zyskały u nas wielką popularność. Dzięki nim można skorzystać z usług fryzjera, kosmetyczki, pójść do teatru, wyjechać na wakacje, kupić coś do domu… Możliwości jest naprawdę wiele, w dodatku oferty zwykle są bardzo korzystne. Nie powiem, że jest tak zawsze – za każdym razem trzeba sprawdzać tzw. „haczyki”, ale muszę przyznać, że osobiście dość często korzystam z tej formy zakupów. Nie jestem zwolenniczką przepłacania :) Przyznam również, że nie zdarzyło mi się być niezadowoloną z usług, jakie mi zaoferowano – w każdym razie aż do czwartku… 


W czwartek zaprosiłam męża na randkę ;) Mieliśmy kupon na kolację (dowolne danie z karty, tiramisu i kawę lub herbatę) do jednej z częstochowskich restauracji. Miejsce raczej przyjemne – może nie jakiś All inclusive, ale – powiedzmy – średnia półka. W menu różne rodzaje naleśników, tradycyjne dania obiadowe (typu: schabowy, ziemniaki, surówki), jakieś makarony. Menu przyniosła nam pani nieco przestraszona naszą obecnością (choć mieliśmy rezerwację, więc raczej powinna się nas spodziewać). Ja wybrałam sobie tagliatelle z kurczakiem, a Andrzej naleśniki – też m.in. z kurczakiem. Minęły jakieś dwie minuty, po czym przerażona pani znowu podeszła do stolika i spytała czy nie mogłaby być carbonara… Na chwilę odebrało mi mowę, musiałam mieć dziwną minę, bo zaczęła mi tłumaczyć, że to danie nie jest gotowe, a to „dużo roboty”. Pisałam już, że nie jestem asertywna… Powiedziałam, że nie lubię carbonary, ale skoro tak, to wybiorę sobie coś innego. Sama nie wiem do końca, czym się kierowałam, ale być może wizją nieświeżego dania lub czegoś w tym rodzaju. Nie chciałam ryzykować. Być może powinniśmy wyjść, ale skończyło się tak, że zamówiłam sobie naleśniki ze szpinakiem, fetą i camembertem.


Nie powiem – jedzenie było bardzo smaczne, tiramisu jedno z najlepszych, jakie jadłam. Z premedytacją jednak nie było mowy o żadnym napiwku. Nie ma też mowy o tym, żebyśmy jeszcze kiedyś tam poszli, bo smaczne dania to jednak za mało. Rozczarowanie jest zbyt duże.


Na koniec taka mała refleksja – po co ludzie (właściciele np. takiej restauracji) korzystają z grouponów i innych gruperów, skoro – jak widać – działają w ten sposób na swoja niekorzyść? Przecież klient, który wyjdzie zadowolony, z przyjemnością wróci do lokalu. Mniej więcej rok temu byliśmy w innej restauracji (też w Częstochowie) – tam nie można się było do niczego przyczepić. Bardzo nam się spodobało to miejsce, sami byliśmy w nim ponownie i mówiliśmy znajomym, że warto. Tak mi się wydaje, że właśnie o to chodzi w całej idei zakupów grupowych – zyskujesz klientów, którzy później wracają i płacą już normalne stawki, a nie pół ceny. Czy się mylę?

Pozdrawiam,
Ania