expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 5 czerwca 2014

mężczyzna - przedmiot pożądania

Na pytanie "dlaczego się w nim zakochałaś?" lub "co ty w nim widzisz?"- najczęściej pada odpowiedź " ma w sobie to coś ". Zderzacz Hadronów był chyba mniejszą zagadka niż odkrycie, co to jest to "COŚ". Zapewne amerykańscy naukowcy są najbliżej, ale póki co ja (szanowany naukowiec) opracowałam swoje własne COŚ, co sprawia, że mężczyźni... skutecznie nas od siebie odstraszają.
U niektórych pojawia się od razu, co sprawia, że omijamy ich szerokim łukiem, ale są też kryptoCOSIE, którzy ujawniają prawdziwe ja kiedy to klapki spadną nam już z oczu. Ja jednak przyjrzę się tym , co to się z niczym nie kryją i- co dziwne- to właśnie oni nigdy nie mają problemów z poczuciem własnej wartości.
Kolejność jest całkowicie przypadkowa.

- SKARPETKI DO SANDAŁÓW- mój mąż, kiedy widzi mnie w cielistych skarpetkach lub podkolanówkach, nazywa je antygwałtkami, bo twierdzi, że stopy młodej kobiety skutecznie stracą w nich na atrakcyjności. Zatem ja mówię to samo męskiej  wersji

-KOSZULKI BEZ RĘKAWÓW - nie bokserki, ale po prostu t-shirt pozbawiony rękawów. Zwłaszcza do sflaczałych rąk spod których wystają poklejone włosy

-NIEDBALSTWO  głównie jak chodzi o szczegóły. I nie mówię już nawet o cesze charakterologicznej, ale jak widzę kolesia z niezadbanymi zębami, brudnymi paznokciami czy długimi jak krogulcze paznokcie to ciary przechodzą mi po plecach.

-HIGIENA OSOBISTA , a raczej jej brak. Nie, nie wystarczy , że pot wyschnie czy wytrzemy go w koszulkę...

-ZAPACH. Nie znoszę potu, nieumytych zębów, nadmiernej ilości wypalonych papierosów, smrodu piwa i kaca, ale wkurza mnie też kiedy facet wylewa na siebie zbyt duże ilości perfum.

-DŁUBANIE W NOSIE I PUSZCZANIE BĄKÓW! (nie wymaga komentarza)

-ELOKWENCJA sprowadzająca się do przekleństw co drugie słowo. Sama lubię przeklinać, ale robię to nie dlatego, ze brakuje mi innych słów.

-CHAMSKIE ZACHOWANIE wobec kobiet. Zwłaszcza w obecności innych po to by nie wyjść na pantofla.

-UPIJANIE SIĘ na imprezach (bo już nie wspomnę o tym sporcie na ławce w parku) i pozostawianie kobiety samej sobie. Dno den jest wtedy gdy dziewczyna musi troszczyć się o swojego, ledwo trzymającego się na nogach kolesia. 

-SAVOIR VIVRE nieopanowany w żadnej kwestii. Podoba Ci się jak mężczyzna zachował się w stosunku do swojej kobiety? To czemu nie nauczyłaś tego swojego syna? Niezbędne minimum: otwieranie drzwi i przepuszczanie, noszenie ciężkich rzeczy (niekoniecznie małej torebeczki)

-ZBYT WYMUSKANY facet to też nie jest nic dobrego. Chciałabym zawsze czuć się płcią piękną,a nie płcią skrępowaną obecnością własnego mężczyzny.

Macie swój ranking, albo jakieś punkty, których tu zabrakło?

Pozdrawiam
Karolina

środa, 4 czerwca 2014

Dom



Każdy z nas ma dwa domy – jeden konkretny, umiejscowiony w czasie i w przestrzeni: drugi – nieskończony, bez adresu, bez szans na uwiecznienie w architektonicznych planach
/Olga Tokarczuk/

Mówi się, że dom to nie budynek, ale relacje czy atmosfera, którą tworzą ludzie w nim mieszkający. Jak już wiecie, mam za sobą przeprowadzkę, nawet niejedną, więc jestem zaprawiona w bojach.



24 lata swojego życia spędziłam w maleńkiej wsi, mój dom znajdował się pod lasem, a do najbliższych sąsiadów miałam jakieś 250 metrów. Jedni pewnie powiedzieliby: „bajka”. Inni: „tragedia”! ;) Jak dla mnie – nic nadzwyczajnego. Trzeba po prostu przyzwyczaić się do tego, że nigdzie nie jest blisko, a wizyta gdziekolwiek (sklep, przychodnia, poczta, stacja benzynowa…) to spora wyprawa. Zasadniczy plus jest taki, że masz błogą ciszę i spokój. Plus numer dwa: najwcześniej jak się da robisz prawo jazdy ;) Minusy? Przede wszystkim spore koszty, bo żeby dojechać do pracy w mieście, trzeba wydać miesięcznie minimum 500 zł. Minusem – zwłaszcza z perspektywy dziecka – może być też konieczność przedzierania się przez zaspy zimą w drodze do szkoły. Tak czy siak do wszystkiego można się przyzwyczaić i wszystko zorganizować w taki sposób, by wycisnąć z faktu mieszkania na wsi więcej plusów niż minusów.

Niespełna cztery lata temu przeprowadziłam się do nieco większej wsi, zwanej miasteczkiem. Różnica była taka, że dookoła sąsiedzi, no ale do tego akurat mogłabym się przyzwyczaić, gdyby nie sąsiedztwo moich teściów… Mniejsza z tym – wróćmy do pozostałych różnic. Odległość do miasta o połowę mniejsza, o sklepach czy innych punktach usługowych nawet nie wspomnę. Mentalność jednak raczej wiejska. Jak mi się tam mieszkało? Hmm…, gdyby pominąć ten jeden (niestety bardzo istotny) aspekt, byłoby nieźle.
W październiku ubiegłego roku wylądowałam w innym miasteczku. Nie zdążyłam tam nikogo poznać, bo mieszkaliśmy zaledwie trzy miesiące, które spędziliśmy głównie na poszukiwaniach mieszkania. Poza tym, co tu kryć – nie jestem szczególnie towarzyska.

W styczniu zacumowaliśmy w Częstochowie. Zmiana o tyle zasadnicza, że po pierwsze w końcu coś swojego, a po drugie dziesiąte piętro w wieżowcu.

Kilkoro znajomych pytało mnie ostatnio czy przyzwyczaiłam się już do mieszkania w mieście. Złapałam się na tym, że nie bardzo wiem, co powiedzieć. Ostatnio tyle się dzieje, że właściwie non stop pracuję. Nie miałam czasu ani chyba potrzeby, żeby się nad tym zastanowić. Tak, przyzwyczaiłam się od razu. Co być może zaskakujące, nie sprawia mi to zupełnie żadnej różnicy. Jesteśmy zatem w punkcie wyjścia – dom to ludzie, dlatego ważne jest dla mnie to, z kim mieszkam, a nie gdzie. Zdanie zapewne zmieniłabym z perspektywy szałasu, tudzież namiotu, jednak domek na wsi i mieszkanie w wieżowcu to równie dobre rozwiązania.

Przy okazji chciałabym zahaczyć jeszcze o jedną kwestię – mianowicie nazywanie jakiegoś miejsca domem. Dla mnie „dom” zawsze był tam, gdzie moi rodzice, rodzeństwo i dziadkowie. Kiedy się stamtąd wyprowadziłam, długo czułam taką mentalną bezdomność. Jadąc do swojego długoletniego domu jakoś niestosownie było mówić o nim w ten sposób. Miejsce, w którym zamieszkałam, nigdy nie stało się dla mnie prawdziwym domem, wynajmowany przez 3 miesiące dom również. Dopiero teraz, kiedy mieszkamy na swoim, znowu mam dom, do którego chętnie wracam.

Pozdrawiam
Ania

wtorek, 3 czerwca 2014

peeling cukrowy

Kiedyś moja skóra była zupełnie inna. Miałam też nieco więcej czasu żeby o nią dbać, choć pewnie wszystko zależy od organizacji i chęci. Moja skóra była jak u dziecka- gładką i sprężystą. Nie miałam śladów po depilacji. Niestety jakiś czas temu to się zmieniło, ale o tym kiedy indziej.
W liceum nie miałam na tyle kasy żeby kupować masę kosmetyków, ale też te naście lat temu nie było ich w sklepach aż tyle. Trzeba było jakoś sobie radzić. Dlatego jako peelingu używałam tego, co znalazłam w domu. Najczęściej była to sól, którą tarłam lekko zwilżoną skórę. Potem dołączyłam do tego różne rodzaje szczotek, ale okazało się, że nie te drogeryjne, a zwykła szczotka do ubrania znalazła uznanie, bo jej włosie najbardziej mi odpowiadało. Nie marnowałam więc czasu oglądając tv :) Miało to dodatkowy plus, bo masowałam ciało i o dziwo ubyło mi kilka centymetrów, a skóra była super jędrna.
Po jakimś czasie sklepy zasypały różnego rodzaju peelingi więc zaczęłam próbować. Niestety żaden mi nie odpowiadał, bo drobinek było jak na lekarstwo albo po chwili się rozpuszczały. Pewnego dnia wylądowałam w gabinecie spa na jakimś zabiegu kawowym i tam zachwyciłam się zapachem. Dlatego dostałam na urodziny od Andrzeja peeling cukrowy- kawowy, który kupił w Mydlarni u Franciszka. Byłam zachwycona! Okazało się, że ściera dość mocno, pięknie pachnie, a w jego składzie są olejki, dzięki czemu po zabiegu nie tylko mamy usunięty naskórek, ale też super nawilżoną skórę i piękny zapach, który jednak toleruję głównie zimą i jesienią, bo latem jest zbyt ciężki.
Wiedziałam już, że peelingi cukrowe to jest to, co lubię.
 Niedawno odkryłam kosmetyk, który pewnie u niejednej z Was już jest na półce, ale dla mnie to była nowość. Mówię tu o peelingu cukrowym z Farmony. Cudowne zaskoczenie! Duże opakowanie, piękny zapach, gęsta konsystencja i bardzo fajne efekty. Ja wybrałam zapach mango & brzoskwinia, ale jest ich jeszcze kilka. Jedyny minus to taki, że nie nawilża aż tak bardzo skóry i trzeba potem użyć balsamu, ale przecież nie takie ma być jego działanie.

Na korzyść również przemawia cena ponieważ 300 gramowe opakowanie kosztuje około 15 zł, a kawowy można nabyć na wagę, ale cena już jest znacznie wyższa - 25 zł za 100 g.

A Wy macie jakieś ulubione peelingi?

Pozdrawiam 
Karolina